Strona:Pisarze polscy.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Biedny artysta!... Gdyby być dziewczyną, a dobra wróżka dała mi piękność i czapeczkę czarodziejską, któraby od złych oczu ustrzedz mię mogła, przybiegłabym którego dnia o zmierzchu do tej opuszczonej jego izby i wzięłabym tę czarną, spaloną głowę w ręce, i do serca bym ją tuliła. I szeptałabym mu do ucha śmieszne pustoty i bezładne słówka przekomarzań i żartów. Mówiłabym mu, jak mówią dziewczęta, bez składu i myśli o wszystkiem, co oczy ujrzeć, co uszy słyszeć mogą... o fuksyach, które kwitną u mnie w oknach, o kanarku, który mi śpiewa, o rechotaniu żab na błoniach, kiedy słońce już zajdzie. A skoroby mnie chciał ująć cynicznie, wyrwałabym mu się szybko i odskoczyła wprzód, zanim by zdążył mnie schwycić. A gdyby zapytał, kim jestem, nie odpowiedziałabym nic, tylko oczy spuściła; a gdyby nalegał, odrzekłabym, żem zapomniała nazwiska i nie pamiętam, a wyjść nie mogę. I gdyby nie rozchmurzył się jeszcze i zły, że mu przeszkodzono w wieczornych dumaniach, chciał się mię pozbyć i powiedział mi tryumfalnym głosem, że... nie ma pieniędzy, ja wtedy parsknęłabym śmiechem w oczy i rzekła z komiczną powagą: wiem o tem.