Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ry przyszedł do mnie z wynikiem prześwietlenia. Wynik był krótki i wymowny: „Rozpoczynająca się gruźlica. Katar szczytów“.
Robotnik miał 22 lata i odbył służbę wojskową. W rodzinie jego, ani też wśród domowników nikt nie chorował. Chłopak był sympatyczny, inteligentny i dużo czytał. Stany podgorączkowe nie ustępowały, a chory na moje propozycje, aby wyjechał do sanatorium lub do szpitala, odpowiadał stale odmownie.
— Jutro muszę iść do pracy, bo mnie wyleją — słyszałam ciągle stereotypową odpowiedź.
— Pan ma 37 i 5 teraz o dwunastej w dzień. Co będzie po południu i wieczorem? A jak pan zacznie pracować, co się wtedy z panem stanie? — tłumaczyłam.
Jeszcze 10 dni tylko utrzymałam go w łóżku. Nie żałowałam tranu, wapna i wszelkich możliwych wzmacniających zastrzyków. Proces chorobowy jak by się pomału uspakajał, a po trzech miesiącach, chory przestał się leczyć. Było to w lutym. W lipcu zawezwano mnie nagle do krwotoku płucnego. Przyjechałam więc do Wielkopolskiej Wytwórni Chemicznej, aby przekonać się, że idzie o mojego pacjenta. Chory był już w mieszkaniu. Leżał pod tradycyjną pierzyną, obok staro wiadro z krwią. Chłopak był blady i bardzo wystraszony. Zresztą zwykle przy krwotokach zaobserwować można u chorych silny wstrząs nerwowy. Lód, zastrzyki i spokój. Więcej nic nie mogłam poradzić.
— Pan jest ze szkła, panu nie wolno się odzywać, ani ruszać. Niech pan zaśnie na pół godziny, obudzi się i będzie dobrze — pocieszałam chorego.
Następnego dnia, gdy go odwiedziłam, chory cichym głosem zaczął mi opowiadać:
— Pani kazała, żebym się zawsze starał przebywać na świeżym powietrzu. Leżałem więc sobie nad Wartą, w cieniu i zasnąłem. Kiedy tylko zasnąłem, wyszło słońce. Spałem trzy godziny. Obudziłem się, mając usta pełne krwi...
Zaczęły się ponownie stany gorączkowe. Z każdym dniem chory coraz bardziej upodabniał się do szkieleta. Żebra i stawy rąk i nóg wystawiły ze strasznych dołów pokrytych skórą. Chory wzywał mnie prawie codziennie. Męczyłam się okropnie, patrząc na to powolne konanie. Wreszcie i on sam zrozumiał, że to koniec. Leżał spokojny i zupełnie zrezygnowany. Stosowałam narkotyki, żeby mniej cierpiał.
To powolne konanie przy gruźlicy rozpadowej płuc, konanie ludzi młodych, pełnych świadomości i chęci do życia, jest najokrutniejszym zjawiskiem, na jakie lekarz musi patrzeć, wykonując swój zawód.


∗             ∗