Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O bytowaniu ludności osady wiejsko-fabrycznej.

W odległości 1,5 do 2 kilometrów od Starołęki znajdują się wioski, zamieszkałe przez ludność, którą można określić mianem ludności wiejsko-fabrycznej. W okresie, gdy fabryki były czynne, ludność tych wsi pracowała w charakterze robotników. Gdy zaś którakolwiek z fabryk przerywała pracę, mieszkańcy szukali zarobku jako robotnicy rolni. Fabryki nawozów sztucznych R. Maya pracowały okresowo, zależnie od zamówień. Tak samo i fabryka Cegielskiego zatrudniała w miarę zamówień większą lub mniejszą ilość robotników. Były to dwa największe zakłady przemysłowe. Ten sam system pracy stosowały i mniejsze fabryki, w które obfitowały okolice Starołęki. Otóż zależnie od tego funkcjonowania fabryk, miałam większą lub mniejszą ilość ubezpieczonych chorych. Ludności w tym czasie, a był to okres dobrej koniunktury gospodarczej, powodziło się nieźle. Miałam wówczas możność zaobserwować i podziwiać u tych ludzi pęd do własnej ziemi. Wystarczyło, aby przeciętny robotnik posłał do pracy dorastającego syna, a już za uciułane pieniądze kupował malutki kawałek ziemi i „pobudowywał się“, ściągając materiały budowlane skąd się tylko dało i wykonując samemu wszelkie prace przy budowie. Jedna z pacjentek w czasie zmiany opatrunku na nodze opowiadała mi, że swój maleńki jednoizbowy domek pomalowali z mężem... śledziówką z farbką do prania. Może się tak i robi, nie znam się na tych sposobach, ale zapobiegliwość tych ludzi była uderzająca. Jakaż różnica między nimi i warszawskimi robotnikami! Piszę o tym dlatego, że chcę przejść do omówienie warunków bytowania tych robotników-chłopów, których przez siedem lat leczyłam.
Warunki mieszkaniowe mieli oni na ogół bardzo złe. Oczywiście nie wszyscy jednakowe. Byli tacy, co już dawniej wybudowali sobie domki i mieszkali po dwie, trzy osoby w jednej izbie. Ale to należało na ogół do rzadkich zjawisk. W tym okresie bowiem ludność okolic podmiejskich cierpiała na brak mieszkań. Eksmitowano z Poznania reemigrantów z Niemiec i Francji, którzy osiedlali się w okolicach Starołęki, i to nie tylko jako lokatorzy i sublokatorzy w domach przeznaczonych na mieszkania. W Starołęce mieściły się dawne forty, zbudowane przez Niemców, tzw. warownie. Warownia „A“ przedstawiała budowlę z cegieł, wystającą ponad powierzchnię ziemi na 2 — 3 metrów, dach tego fortu pokryty był ziemią, na której rosła nie tylko trawa, ale i większe krzaki. W tej warowni osiedliło się w wielu eksmitowanych z Poznania.
Do pacjentów tam zamieszkałych wchodziłam po stromych kręconych schodach poprzez ciemne i wilgotne korytarze. Wszędzie ze ścian lała się woda, w powietrzu czuć było stęchliznę. Pacjenci mieszkali w izbach, które ze względu na wielkość dzielili na trzy części różnymi przepierzeniami z desek, papieru lub szmat. Światło do takich trzech „izb“ wpadało przez jedno maleńkie okienko. Ze ścian ściekały zewsząd