Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/672

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


maitszymi przeszkodami. Musiałem wnikać w psychikę pisarza gminnego, pracującego między młotem — budżetem gminy, a kowadłem — koniecznością wysłania bezrolnego wyrobnika do szpitala. Musiałem iść na rękę gospodarzowi, przywożącemu do szpitala dziecko i drżącemu ze strachu na myśl, że leczenie może potrwać długo i zmusi go do sprzedania krowy lub zadłużenia się ponad jego możność płatniczą. A jednocześnie musiałem być w sprawach „wyduszenia“ należności dla szpitala za koszty leczenia nieubłagany, bo w teczce intendenta zalegały stale niezapłacone rachunki dostawców. To uznanie, jakie zdobywałem w czasie opiekowania się chorym w szpitalu, traciłem z kretesem, jako administrator szpitala, kiedy przychodziło do uregulowania należności za szpital. Dziś nie ma tych trosk na głowie.
Jeśli stan dzisiejszy utrzymuje się, to dowodziło by, że czynniki decydujące nie znają tej strony wsi albo znają ją pobieżnie i niedostatecznie. Istnieją dysproporcje, które nie powinny mieć miejsca w tym stopniu. Robotnik w mieście czy miasteczku ma pomoc zawsze. Gdy pracuje — ma świadczenia z Ubezpieczalni, gdy los pozbawi go pracy — ma jako tako zorganizowaną miejską opiekę społeczną — ma lekarza miejskiego i leki, umieszczą go w razie potrzeby w szpitalu, zawsze ktoś nad jego dolą i niedolą czuwa. Mieszkaniec wsi, a tych jest powyżej 60% w Polsce — jest w stosunku do robotnika wyraźnie przez los czy obowiązujące ustawy pokrzywdzony.
Bezrolny w wypadku choroby kogoś z jego otoczenia udaje się po opiekę do gminy. Gmina ma na ten cel od 1.000 do 3.000 zł rocznie zależnie od swej zamożności. Pozycja ta jest zawsze prawie obciążona kosztami leczenia umysłowo chorego, niebezpiecznego dla otoczenia, latami przebywającego w zakładzie zamkniętym. Na leczenie i pomoc ubogim starcom w postaci zapomóg doraźnych pozostaje kilkaset złotych rocznie. W połowie roku budżetowego suma ta jest wyczerpana. Złe skutki takiego stanu nie dają na siebie długo czekać. Zgłaszającemu się bezrolnemu, mającemu w myśl ustawy o opiece społecznej wszelkie prawo do tego, żeby był leczony na koszt społeczeństwa — urząd gminy odmawia, odmawia, bo nie ma na ten cel funduszów, a obawia się przekroczenia budżetu i krytyki czynników samorządu wyższego. Argumenty w rodzaju „piasek wszystkie choroby wyciągnie“ są na porządku dziennym. Pisarz gminy czy wójt, jeśli nie stoją na wyższym poziomie kulturalnym, przestają być ludźmi, nie widzą czy nie odczuwają rozpaczy nędzarza, który przeważnie, przybity troską, otępiały, bo bity codziennie przez twardy los, nie umie się o swe prawo do życia, o opiekę bliźniego, o pomoc w potrzebie nagłej a groźnej należycie upomnieć. Zresztą ten interesant-nędzarz często bywa zasypany żądaniami formalnymi — chcą od niego zaświadczenia sołtysa, w które się w swym niepokoju zapomniał zaopatrzyć — wypominają, że nie odrobił tego lub innego szarwarku itp. Często pozbywają się go, a czasem ulegając takim lub innym wstawiennictwom radców