Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/659

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


błota wykluczała możliwość znalezienia zguby. Dałem mu złotówkę, radząc, by przyszedł poszukać w dzień — a tymczasem niech kupi chleb, to go przynajmniej minie w domu lanie. Kiedy odchodziłem już, usłyszałem słowa malca, wypowiedziane do kolegi: „To nasz pan doktór“.
Każdy z nas jest wrażliwy na słowa uznania. Czasem spotykamy się z tym uznaniem ze strony pacjentów w Ubezpieczalni, ileż jednak razy zdajemy sobie sprawę, że są to intencje pozyskania sobie nas, pochlebienia naszej próżności, by tym łatwiej uzyskać jakieś względy, czy świadczenia. Towarzyszy takim chwilom uczucie niesmaku. Wówczas odniosłem inne wrażenie. Ten malec rzucił te słowa bez intencji, nie zdając sobie sprawy zapewne z ich znaczenia. Ale ja zrozumiałem, czy odczułem, że te dzieciaki, do których się uśmiechałem, którym gładziłem głowy, ba, że może ich rodzice także nazywają mnie „ich“ doktorem. Pełen byłem jakiejś dumy, jakiejś radości wewnętrznej, że w oczach mieszkańców tych trzech robotniczych uliczek zarobiłem na takie właśnie miano.
Wiele razy później miałem możność słyszeć w różnych warunkach słowa uznania — nigdy jednak nikt nie pogłaskał milej mojej ambicji od tego zapłakanego malca.


∗             ∗

Atmosfera pracy w Kasie Chorych była jakaś inna, niż na innych stanowiskach, prawdziwie chorych, ciężko chorych spotykało się rzadko i leczyło krótko. Może dlatego, że można było ich odsyłać, zgodnie zresztą z ich życzeniem, do szpitala, gdy stwierdzało się konieczność leczenia szpitalnego. Wypisując kartę skierowania do szpitala lekarz za jednym zamachem dalszą troskę o zdrowie chorego przekazywał urzędnikom dzielnicy, personelowi karetki i kolegom w szpitalu. Bywały jednak wypadki, kiedy chory chciał być leczony w domu, na szpital się nie zgadzał, nie miał do szpitala zaufania, czy był opanowany jakąś nieuzasadnioną obawą. Były to wypadki na ogół rzadkie, lecz trafiały się. Przypominam sobie na ulicy Bema robotnika z fabryki Lilpopa. Małżeństwo, dwoje dzieci, dwie izby, schludne mieszkanko, względny dostatek. Leczyłem te dzieci na odrę. W parę tygodni potem zachorował ojciec na zapalenie płuc. Początek choroby ciężki, pacjent przechodził w dzieciństwie szkarlatynę — serce miał słabe — dość tęgi, przysadzista budowa o krótkiej szyi — wiek około 40 lat. Zaleciłem umieszczenie chorego w szpitalu, jednak zarówno pacjent jak i żona jego stanowczo odmówili. Tłumaczyłem, że trzeba będzie stanowczo w czasie leczenia stosować zastrzyki w dzień i w nocy, perswadowałem, że opieka szpitalna jest konieczna ze względu na ciężki przebieg choroby — wszystko napróżno. Uparli się. „Co ma być — to będzie“. Wreszcie pacjent oświadczył, że prosi o to, bym się nim osobiście zajął, bo ma do mnie zaufanie. Tego mi jeszcze było potrzeba. Zostawiłem recepty,