Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Minęły 4 miesiące. Spotkałam się z sąsiadką Magdaleny F. Wdałam się z nią w pogawędkę. Zaniemówiłam na chwilę. Zawiodły mnie wszystkie przeczucia. Magdalena ma się dobrze. Bierze odmę.
Nie chodziła po wszystkich lekarzach, nie kupowała Famela. Poszła do jednej znajomej pani w Makowie (nie mój rejon). Przed dwoma laty u niej służyła. Prosiła o wpisanie jej do Ubezpieczalni. O fikcyjne zgłoszenie w charakterze służącej. Zapłaciła sama jedną stawkę miesięczną. Po miesiącu rozpoczęła leczenie w szpitalu.
Nie słyszałam, co mi opowiadała sąsiadka. Nie wolno lekarzowi Ubezpieczalni tego słyszeć.


„Ze zastrzyków się umiera“.

Wyjazdy wieczorem do większej przyjemności nie należą. Zwłaszcza, że dzisiaj były już cztery jazdy, oprócz normalnej liczby pacjentów w domu (około 80-ciu). Jest już 10-ta wieczór. Wcześniej się wybrać nie mogłam. Furman czeka trzy godziny. Dobrze, że nie poszedł popić trochę do karczmy, do rowu pasażera nie wysypie.
Więc jedziemy, najpierw ulicą oświetloną elektrycznymi lampami: kultura — Europa. Potem gościńcem nieoświetlonym. Furman nie zabrał latarni ze sobą, powiada, że tak lepiej widać. Ma świecić koniowi pod ogon a sobie w oczy, to woli jechać bez latarni. Wozy wymijają nas. Kierują się węchem. Tamci też nie mają latarni. Czasem przejeżdża auto. Wreszcie wydostajemy się na polną drogę. Potem przeprawiamy się przez rzekę. Potem wyjeżdżamy na wysoką górę. A na górze leży w chałupie dziecko — pięcioletni syn ubezpieczonego, chory na zapalenie płuc.
„Zrobimy mu od razu zastrzyk — mówię — ale jeden zastrzyk to mało. Trzeba by mu przez kilka dni najmniej dwa razy dziennie robić zastrzyki. Ja tak często do was nie mogę jeździć i 6 godzin dziennie tracić. Niech jeździ higienistka z Ośrodka albo najbliższa akuszerka. Ona też potrafi zrobić zastrzyk“.
„Co, pani chce dziecku zastrzyk robić? — nigdy na to nie pozwolę — mówi ojciec — zastrzykami truje się ludzi. Nie chcę, żeby moje dziecko umarło“. Radzę chłopu przyjść do mnie zobaczyć, ile ludzi dostaje zastrzyki, a jakoś nikt nie umiera.
„Zdrowemu to można dawać zastrzyki — mówi chłop — chory tego nie wytrzyma. Jak on po zastrzyku osłabnie, to co my potem zrobimy. Wolę pójść do doktora za pieniądze, żeby mi leków do picia przepisał. Zastrzyków żadnych robić nie dam. Na tę chorą kasę to zawsze coś wymyślą“.
Półtorej godziny trwała rozmowa. Kamfochiny dziecku nie wstrzyknęłam. Znów powrót z górki po ciemku, po wybojach i kamieniach, przeprawa przez rzekę, jazda polną drogą, jazda gościńcem. Wszystko razem cztery i pół godziny. Osobno łapanie wszy, które mnie oblazły w chałupie.