Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krzywiło“ zażył kilka tabletek Togalu i od razu, jakby mu ręką odjął. — Pan doktór mówi, że zapisze mi lekarstwo, które z pewnością dobrze podziała na moją chorobę — pan doktór twierdzi, że moja choroba nie jest znowu tak ciężka, że łatwo można sobie z nią poradzić — może być. Ale ja chciałbym zażyć Togalu, memu sąsiadowi tak dobrze zrobiło. No, jeśli Ubezpieczalnia tego nie daje, to ja sobie kupię prywatnie. Szkoda tylko, że się tyle płaci na tę Ubezpieczalnię! — powtarza się znany refren.
Z robotnikami, dłużej ubezpieczonymi, wytworzył się już „modus vivendi“ w nowym systemie lekarza domowego. Czasem przyzwyczajają się tak do swego lekarza, że kilkudniowa choroba tegoż wyprowadza ich już z równowagi i gotowi są czekać dłuższy czas ze swoimi chorobami na wznowienie przyjęć przez niego. Ale i ci nie są w stanie przy dłuższym trwaniu choroby lub cyklicznym jej zaostrzeniu się zrozumieć pewnych przyrodniczych praw, panujących z nieubłaganą koniecznością także w przebiegu chorób.
— Panie doktorze — skarży się chory na wrzód dwunastnicy, cyklicznie się zaostrzający — już mi było tak dobrze, wszystko mogłem jeść i żadnych bólów nie czułem — a teraz znów „nic mi jeść nie da“. Czy nie ma już takiego lekarstwa, co by chorobę nie tylko „zaleczyło“, ale tak zupełnie uleczyło, by nie trzeba było ciągle wracać do tej przeklętej diety.
Najczęściej nie mogą zrozumieć związku między swymi zajęciami a chorobą z nich wypływającą.
Pewien młody czeladnik piekarski, cierpiący na przewlekłą dychawicę ze znaczną już rozedmą płuc, nie może zrozumieć, że do zupełnego wyleczenia jest niezbędna możliwie szybka zmiana zajęcia. Ten brak zrozumienia ma tu oczywiście dostateczne umotywowanie psychologiczne. Bo jak „zrozumieć“, to konieczną konsekwencją tego zrozumienia jest opuszczenie pracy w piekarni, a wówczas wyłania się dla niego groźna kwestia: z czego będzie żył?!
Pewien robotnik, pracujący „na placu“, zapadający periodycznie przy zmianach pogody na gościec mięśniowy, chciałby dostać takie „mocne“ nacieranie, które by raz tę „wściekłą“ chorobę wypędziło z „tych“ pleców.
I ten nie chce zrozumieć, że jeżeli terapia salicylowa, kombinowana z fizykalną, a ponadto dłuższe leczenie kąpielami siarkowymi nie przyniosły radykalnej ulgi, widocznie ma skłonność do tego rodzaju chorób i tylko unikanie wichury i wilgoci, a więc znowu zmiana zajęcia, mogłaby mu przynieść radykalne wyleczenie.
Z ogólno-ludzkiego punktu widzenia narzekania te i skargi są dodobrze zrozumiałe. Co obchodzą takiego robotnika przyrodnicze prawa lub rada zmiany zajęcia — on chce być zdrów i pracować właśnie w tym samym zajęciu, bo innego nie znajdzie.
Inna rzecz, że sprawa jest trochę przykra dla lekarza, który ma przepisać to „radykalne“ lekarstwo, które ma „gruntownie“ uleczyć czy to