Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani M. rodzi często — bo dzieci często jej umierają. Niedawno umarł jej chłopczyk 3-letni na gruźlicę płuc po odrze.
Właściwie nie było z tym dzieckiem tak źle i przy dobrej pielęgnacji i lepszym powietrzu może byłby wyszedł z tej choroby. Pani M. nie uznaje jednak potrzeby wietrzenia pokoi, lecząc po swojemu wlewała w dziecko kilka szklanek mleka dziennie, nie podawała zupełnie jarzyn ani świeżych owoców — a o umieszczeniu w sanatorium, o co chciałem robić starania u naczelnego lekarza nie chciała nawet słyszeć.
— Ja swego dziecka nie oddam — krzyczała namiętnie, jakby ktoś na prawdę chciał ją pozbawić dziecka.
Drugie dziecko, niemowlę 7 czy 8 miesięczne umarło na zapalenie płuc odoskrzelowe. Nieszczęsne to niemowlę mogło być doskonałym przykładem, jak nie należy chować niemowlęcia.
Przykryte pierzynką w kołysce, umieszczonej obok pieca, wiecznie spocone, z kolosalną głową, olbrzymim brzuchem, z krzywicą rozwiniętą do najwyższego stopnia, ze skazą wysiękową, objawiającą się specjalnie na głowie w formie cuchnącej, ropiejącej powłoki, nie myte ani kąpane, rzadko tylko przebierane — łatwo padło ofiarą infekcji — może nawet zupełnie banalnej, jakiegoś kataru przyniesionego z zewnątrz przez członka rodziny.
Jedna dziewczynka starsza chowa się — chodzi już do szkoły. Niedawno przechodziła ciężką wędrującą różę twarzy i głowy.
Infekcję sama sobie rozprowadziła, dłubiąc brudnymi paznokciami w małej rance w nosie. Było z nią wtedy dużo kłopotu, bo pani M. za żadną cenę nie chciała pozwolić na przetransportowanie jej do szpitala epidemicznego i mimo bardzo złych warunków lokalnych trzeba było zostawić ją w domu.
Pani M. oczywiście nie omieszkała pojechać do znachora, który jakąś czarną farbą nasmarował dziewczynce na twarzy „Róża“, co naturalnie w żaden sposób nie chciało przerwać choroby...
Oto jest dom na Targowej pod Nr 2 i jego lokatorzy.
Ciemnota, nędza i przesąd znalazły tu swe siedlisko — i jak oporna skała przeciwstawiają się pieniącemu się nurtowi postępu.
17. VIII.Dziś zostałem wezwany do staruszki, która zdaje się, przekroczyła już 80-tkę. Dotychczas jeszcze chodziła, nawet pomagała w gospodarstwie — teraz leży już od kilku tygodni.
Choroby w zwykłym znaczeniu trudno się u tej staruszki doszukać — jest to już niedołęstwo starcze. Gdy skończyłem badanie, syn zwrócił się do mnie z prośbą o umieszczenie matki w szpitalu. Trudno przyszło mi wytłumaczyć mu, że szpital Ubezpieczalni nie jest przytułkiem dla starców, że ilość miejsc w nim jest ograniczona, że głównie umieszczamy w nim wypadki chirurgiczne, wymagające operacji albo wewnętrzne, rokujące nadzieję na rychłą poprawę, i że staruszki żadnym wypadku w nim umieścić nie mogę.