Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zbolałe rysy twarzy łagodnieję. Na moje pytanie, czy czuje się lepiej, odpowiada mi ledwo dostrzegalnym lekkim skinieniem głowy. To mi wystarcza.
Minęła północ i czas wracać do domu. Pogoda zmieniła się fatalnie. Jeszcze przed niedawnym czasem księżyc wyglądał z poza chmur, teraz ciemno, gęste chmury kłębię się na niebie, dmie mroźny wicher. Drżę na całym ciele w mym lekkim futrze, z zimna, zmęczenia i niewyspania. Cieszę się bardzo, gdy wreszcie dojeżdżam do domu. Szybko zrzucam futro w gabinecie i jak złodziej po cichu skradam się do sypialni, by nie obudzić mej małej córeczki, śpiącej razem z nami.
Musiałem spać głębokim snem sprawiedliwego, bo Janka długo szarpała mną, zanim mnie obudziła. Już od 5-iu minut dzwoni jakiś ubezpieczony jak szalony — melduje Janka — mało dzwonka nie oberwie. Mówi, że żona mu ciężko zachorowała.
Patrzę na zegarek: 1-sza godzina w nocy. Wszyscy obudzeni, maleńka płacze żałośnie. Spałem może pół godziny. Szybko wciągam na siebie płaszcz i wchodzę do poczekalni.
— Panie doktorze — niech pan doktór się zmiłuje. Żona mi ciężko chora, szwagier przybiegł do fabryki z książeczką. Musiałem opuścić „szychtę“ i przybiegłem do pana doktora. Niech Pan Doktór będzie łaskaw, dorożka już czeka.
Nie wiele mogłem się od niego dowiedzieć. Jak poszedł do pracy, żona była jeszcze zdrowa. Szwagier mówił, że ma jakieś kurcze w nogach, okropnie wymiotuje, nic się w niej nie zatrzymuje, wywraca oczami, a język jak „kołek“ — nie może mówić. Szwagier mówił jeszcze, że kto wie, czy się jeszcze ją zastanie przy życiu, taka marna.
Wciągnąłem na siebie wielkie futro objazdowe, skontrolowałem ponownie walizkę lekarską, wziąłem koc na nogi — i dalej w drogę.
— Dobry wieczór — wita mnie dorożkarz. — Powiedz pan raczej dzień dobry — próbuję żartować.
Wichura rozszalała się na dobre. Cała buda trzęsie się okropnie. Wicher co chwila zmienia kierunek, ciska nam w twarz płatki mokrego śniegu. Dorożkarz na koźle skurczył się cały, jakby usiłował tylko najmniejszą powierzchnię wystawić na działanie szalejącego żywiołu. Nastawiłem kołnierz od futra i siedzę teraz jakby w rozpalonym piecu.
Z początku wleczemy się szosą jakieś 3 km. W ostatnich dniach spadł obfity śnieg, w dzień była odwilż, to też w niektórych miejscach droga jest gładka i śliska, w innych — kupy zbitego zlodowaciałego śniegu zagradzają zupełnie drogę. Koń — nędzna szkapa — co chwila się potyka, przed kupami śniegu staje i dorożkarz musi go niemiłosiernie okładać batem, aż ruszy dalej. Ale prawdziwa martyrologia zaczęła się dopiero wtedy, gdy skręciliśmy z szosy na polną drogę.
— Jeszcze niespełna 1 klm. drogi — zapewnia robotnik dorożkarza. Oto tam już widać światełko — dodaje dla zadokumentowania prawdy swych słów. Wytężam oczy, ale żadnego światełka nie widzę. Widzę na-