Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


koń, dzisiaj powozi jakiś markotny. Tajemnica wyjaśnia się wkrótce: Wojciech dzisiaj nie miał nawet łyżki gorącej strawy „w gębie“. Właśnie odwiózł dopiero lekarza i od razu przyjechał do mnie. Ledwo zdążył przegryźć kawałek suchego chleba. — Kiszki „ścierwy“ skurczyły się w brzuchu. Żeby tak kieliszek „czystej“ na rozgrzewkę — wzdycha Wojciech. Narazie marzenie to jest nieziszczalne. „Objawił się“ nam chory w miejscowości odległej, jakieś 8 — 10 km, którą tylko rzadko odwiedzamy i jego trzeba najpierw załatwić. Ponadto mamy dziś objechać cały rejon, wszędzie ludzie się rozchorowali, błoto okropne, droga polna, którą zwykle jedziemy, jest w wielu miejscach zalana i prawie nie do przebycia, koń zmęczony i głodny, obiedniego obroku z braku czasu dziś nie dostał. Siedzę pod budą, od czasu do czasu poprawiam koc, bym nie zmókł do nitki. Wicher wyje, zimnymi strugami deszcz bryzga w twarz, koń człapie monotonnie po wodzie i błocie. Upływa półtorej godziny zanim zziębnięci i zmoczeni stajemy u celu. Znowu grypa, tym razem ciężka i u małego dziecka, przy tym w dolnych częściach płuc wyraźnie wysłuchuje się drobne ogniska zapalne. Prędko robię zastrzyk, zapisuję lekarstwa, wyjaśniam dokładnie jak mają być użyte, przepisuję dietę i każę dać sobie znać o przebiegu choroby jutro lub najwyżej pojutrze — i dalej w drogę.
Popędzam Wojciecha, bo mrok już zapada, a tu jeszcze cała robota przed nami. W drodze spotykamy starców i kobiety, dźwigających na plecach tłomoki z drzewem z lasu, jest to bowiem już najwyższa pora zaopatrzyć się w opał na zimę. Gdy ciężko dysząc zatrzymują się, by odpocząć, oparłszy plecy o swój niesamowity ciężar, wyglądają w mroku wieczornym jak nieforemne potwory, budzą paniczną grozę. Zdaje mi się, że widzę ich grzbiety, napięte w ostatecznym wysiłku, widzę pot zalewający im oczy i twarz, słyszę nierówne i szybkie bicie zmęczonego serca, słyszę szybki, świszczący oddech eksploatowanych nadmiernie płuc. Źle ubrani, przemoczeni do nitki, dygocąc na całym ciele, wloką resztkami sił swój drogocenny ciężar do zimnych izb, ożywieni nadzieją, że wkrótce oni i ich bliscy będą mogli ogrzać swe skostniałe członki przy zbawczym ogniu.
Zapada mrok — wczesny wieczór listopadowy. Tylko bystre oczy Wojciecha mogą w tych ciemnościach i na tym bezdrożu znaleźć pożądaną drogę. Ziąb przenika przez futro, dobiera się do pleców, ręce a zwłaszcza nogi marzną porządnie. Droga jest długa i nudna i aby jakoś zabić czas gawędzimy sobie z Wojciechem. Oceniamy zalety i wady naszej „starej panny“, kasztana i gniadego, koni drugich furmanów, orzekamy jednomyślnie, że dorożki powinny być oddane do remontu, bo resory są już zupełnie „do luftu“, Wojciech opowiada o zasłyszanych plotkach z Ubezpieczalni.
Po drodze załatwiłem już dwa banalne wypadki grypy i zbliżamy się o „Fortuny“. Tu czeka mnie jeszcze spora robota — 9 wizyt domowych. Rozświetlając sobie ciemności latarką kieszonkową, brodzę po wodzie i błocie przy akompaniamencie wściekłego ujadania psów. W „Fortunie“ pra-