Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i mój chory z odpowiednim zleceniem zostanie przyjęty. Za chwilę wyjrzałem oknem: w ulewnym deszczu chuda szkapa ciągnęła wóz z moim biednym pacjentem, dobrze ukrytym pod stertą pierzyn i poduszek, w kierunku szpitala Ubezpieczalni.
10. XI.Mroczkowski wziął kartę na zbadanie moczu w laboratorium Ubezpieczalni. Ma polecone co miesiąc oddawać mocz do analizy, bo zaledwie 3 miesiące minęły od chwili gdy wstał z łóżka po zapaleniu nerek. Z uśmiechem na jego pogodnej twarzy, z każdego gestu łatwo można wyczytać wielką wdzięczność dla mnie, który go „wyprowadziłem“ z tej ciężkiej choroby, ale obiektywnie sądząc, wdzięczność należy się prawdziwie Ubezpieczalni Społecznej, która dopiero umożliwiła racjonalne leczenie ludziom tego pokroju co on, dając mu lekarza i lekarstwa oraz wypłacając mu zasiłek chorobowy podczas przymusowego przerwania pracy nawet przez długie miesiące. Choroba Mroczkowskiego zaczęła się od zwykłej anginy. Gdy wieczorem zgłosił się w mej przychodni z bólem gardła i stwierdziłem u niego anginę, poleciłem przerwać pracę na 4 — 5 dni i przeleżeć ten czas w łóżku. Jakkolwiek Mroczkowskiego znam z tego, że pilnie stosuje się do mych poleceń, to jednak tym razem wrócił do pracy już po jednym dniu wypoczynku. Jak się później przede mną tłumaczył, nie mógł dłużej zostać w domu, bo majster w fabryce posłał po niego ze względu na pilną pracę, która mogła ulec odroczeniu, a musiała być wykonana przy jego współpracy. Po 4-ch dniach poczuł silny ból krzyża, który tym razem przykuł go już do łóżka na dłuższy okres. Kazałem zbadać mocz, analiza wykazała bezspornie kłębuszkowe zapalenie nerek. Także ciśnienie krwi było dość znacznie podwyższone, pokazały się obrzęki, choć nieznaczne, na podudziach, wszystko wskazywało więc na to, że choroba jest poważna i potrwa długo. Wychodząc z tego założenia zaproponowałem szpital. Ale Mroczkowska, a za jej przykładem dzieci otoczyły mnie kołem i usilnie prosiły, bym ojca do szpitala nie zabierał. Ona — Mroczkowska ma zaufanie do mnie, że męża wyleczę, przecież w domu będzie miał pielęgnację i wszelkie wygody, a w szpitalu, wiadomo: jedna pielęgniarka na wielu chorych, zawsze przemęczona, no a przy tym — obca. Jej mąż chyba nie wytrzymałby w szpitalu, on taki delikatny, potrzebuje specjalnego odżywienia, a w szpitalu wspólny kocioł. Kto by tam dla niego przygotowywał jakieś specjalne jedzenia. Próbowałem się sprzeciwić, twierdząc, że właśnie przy chorobie nerek ma zastosowanie bardzo ostra, bezsolna i bezbiałkowa dieta, którą pewnie w domu trudno będzie przeprowadzić, ale znowu Mroczkowska przyrzekła mi, że wypełni wszystkie me zlecenia dietetyczne, mogę o to być zupełnie spokojny, przecież nie zechce swemu własnemu mężowi zrobić krzywdy. Widząc ten stanowczy opór przeciw umieszczeniu Mroczkowskiego w szpitalu, zdecydowałem się zostawić go w domu, przemocą właściwie nigdy nie zabieram do szpitala. Mroczkowskich znam od dawna. Jakkolwiek ich stopa życiowa jest stosunkowo niska, to jednak ich życie rodzinne stoi na bardzo wy-