Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


5. XI.Ciągle muszę myśleć o wczorajszym wypadku. Nie dlatego jakoby był to wypadek sporadyczny — wypadki takie zdarzają się często. Małorolna i bezrolna ludność nie jest w ogóle w stanie leczyć się z powodu okropnych warunków materialnych, w jakich bytuje. Wyłączenie tak biernej a materialnie upośledzonej warstwy społecznej z dobrodziejstw ubezpieczeń społecznych jest niechybnym wyrokiem śmierci oraz kalectwa na niezliczoną ilość istot niewinnych, przez los okropnie upośledzonych. Na wsi panuje jeszcze w formie najprymitywniejszej walka o byt. Chorego pozostawia się samemu sobie: zwycięży chorobę znaczy ostał się w brutalnej walce o byt, zmogła go natomiast choroba, widać nie było dla niego miejsca pod słońcem. W porównaniu z położeniem małorolnego lub bezrolnego chłopa w wypadku choroby, położenie robotnika, który pracuje, jest mimo niskich zarobków, fatalnych często warunków mieszkaniowych, o niebo całe lepsze. Przynajmniej podczas choroby ma zapewniona pomoc, pewne oparcie w ubezpieczeniach chorobowych. Robotnik jeśli tylko ma pracę a zdrowie mu służy, zawsze da sobie radę, nawet w najgorszych okolicznościach. Zupełnie bezbronny i zdany na łaskę losu jest dopiero wtedy, gdy zachoruje i nie może kontynuować pracy. I tu właśnie zaczynają ubezpieczenia chorobowe swą błogosławioną działalność.
Cokolwiek dałoby się powiedzieć o formie wprowadzania ubezpieczeń społecznych w życie, sama idea tych ubezpieczeń jest niewątpliwie niezastąpionym dobrodziejstwem dla całego świata pracy. Ubezpieczenia społeczne są bezsprzecznie jedną z najdonioślejszych reform społecznych, jakie zna historia ludzkości. Wywalczone w ogniu walki zasadnicze postulaty klasy pracującej, ostały się jako zdobycz świata pracy, nawet wówczas, gdy w zmienionych okolicznościach wiele, zdawałoby się doniosłych reform socjalnych znikło z powierzchni ziemi. Wszelkie próby leczenia ubogich chorych zawsze były sporadyczne, zawsze były owiane duchem filantropii, czy to było leczenie ubogich chorych przez zakonników po klasztorach, czy to za pewną stałą opłatą przy cechach średniowiecznych. W całej historii nie ma precedensu ustawowego ubezpieczenia na wypadek choroby obowiązkowego i przymusowego. W szarych paragrafach ustawy ubezpieczeniowej nie ma już mowy o filantropii: jest tylko obowiązek i przymus. A przymus dlatego, że przezorny ustawodawca przewidział, że nie wszyscy zrozumieją doniosłość i wagę ubezpieczeń społecznych, a był tak dalece przekonany o korzyściach, jakie każdy ubezpieczony będzie z nich czerpał, że nie wahał się narzucić je siłą nieuświadomionym. Wiedział też, że pracodawca, nawykły do korzystania z siły robotnika w czasie jego zdrowia, tylko pod przymusem nie uchyli się od częściowych świadczeń dla niego podczas choroby. Wśród powodzi ustaw, które zalewają społeczeństwa od zarania dziejów, mało znajdzie się takich, które byłyby owiane szczerym pragnieniem niesienia pomocy małemu człowiekowi, szaremu obywatelowi, — jak ustawa ubezpieczeniowa. O jego interesach nikt nie myślał, nikt się w najmniejszej mierze nie