Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wizja wyjazdu momentalnie rozpływa się we mgle. Zapytuję uprzejmie:
— A co się panu stało?
Z obszernego wyjaśnienia dowiedziałam się, że żona chorego urzędnika z MSZ wyjechała na wieś do cioci, a ten pan jest chory i nie wie co ma robić. Biegunka, gorączka, mdłości.
— Będę za dwie godziny — odpowiadam, kładąc słuchawkę.
Chory miał gorączkę niewielką, ale narzekał niezmiernie na wszystko. Najgorsze to to, że za 5 dni miał zdawać egzamin, by otrzymać wyższe stanowisko w jednej z placówek zagranicznych. Może w Paryżu. Pacjent chciałby bardzo wyjechać, ale śmiertelnie bał się tego egzaminu. Prosił więc, bym napisała świadectwo, że w określonym czasie nie może zdawać ze względu na zdrowie.
— Ależ Ubezpieczalnia świadectw nie wydaje. Zresztą nie wiem, jaki będzie stan pańskiego zdrowia za 5 dni. Narazie nie jest pan ciężko chory. Oto, proszę zapisane lekarstwo na zatrzymanie biegunki.
Następnego dnia ponownie zawezwał mnie do mieszkania na szóste piętro. Na szczęście był to jedyny dom w moim rejonie, w którym funkcjonowała winda. Pacjent począł twierdzić, że nie ma poprawy. Ponowne badanie. Nerwy rozstrojone do najwyższego stopnia, bicie serca, biegunka. Nie ma rady, piszę na prywatnym swym formularzu, że pacjent jest chory i prawdopodobnie w ciągu trzech najbliższych dni nie będzie mógł zdawać. Radzę telegrafować po żonę.
W dwa miesiące po tym spotkałam pacjenta z żoną i córką na ulicy. Podszedł do mnie i podziękował serdecznie za świadectwo.
— Coprawda nie skorzystałem z niego, bo za trzy dni zgłosiłem się na egzamin, ale mając w portfelu zaświadczenie lekarskie o tym, jak chorowałem przed egzaminem, byłem spokojniejszy. Zawsze mogłem dowieść egzaminującym, że niewiedza moja pochodzi nie z braku przygotowania, lecz z braku zdrowia. Jednak zdałem i to dobrze. Obecnie już otrzymałem nominację na placówkę zagraniczną do Francji. Co prawda nie do Paryża, mówi się — trudno.
Żegnając się z chorym, myślałam o tym, jakże my, lekarze Ubezpieczalni, musimy naginać się do najprzeróżniejszych okoliczności życiowych naszych pacjentów, których skala jest tak rozmaita. Poczynając od „artystek“ z baru na Woli, a kończąc na wytwornych urzędnikach z MSZ-tu z akademickim wykształceniem.


Zdobyte zaufanie.

Stale podkreślam różnicę w ustosunkowaniu się pacjentów Ubezpieczalni do swych lekarzy na prowincji i w Warszawie. W Warszawie każdy tak zwany „lepszy gość“ „gwiżdże“ na mnie jako na lekarza. Leczy się „prywatnie“ lub też opowiada, że się leczy. To tak pięknie brzmi. Ileż to