Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Robię to już w godzinach pozasłużbowych, a chora jest tak wrażliwa, że trudno jej dogodzić. Ona wierzy, że dopóki prawidłowo funkcjonują jej kiszki i jeść może, to do tego czasu nic jej się nie stanie.
Ciągnęło się to już trzy miesiące. Trzy miesiące straszliwej męczarni i powolnego konania. Rak postępował wolno, ale nieustępliwie. Morfina też robiła swoje. Obecnie już mowy nie mogło być, aby chora choć jeden dzień była bez zastrzyku. Był to, jakgdyby drugi czarny sęp, który rozpostarł swe skrzydła nad tym biednym ciałem ludzkim.
Kiedyś, gdy odwiedziłam chorą, powiedziała do mnie:
— Jabym tylko jeszcze jedną rzecz chciała w życiu zrobić: wynająć dorożkę i pojechać z panią doktór do Łazienek na długi spacer. Ale chyba by mnie zanieśli z powrotem na piąte piętro.
Wkrótce potem nastąpiło porażenie kończyn, porażenie przewodu pokarmowego, chora już nie mogła ani jeść, ani opróżniać kiszek.
O godzinie 5-ej po południu zgłaszała się do mnie zawsze pani R. po zlecenia na wykonanie zabiegów u chorych, których już odwiedziłam. Pewnego dnia usłyszałam w telefonie przerażony głos:
— A co się tyczy chorej z piątego piętra, to co się z nią stanie?
— Jakto? — odpowiedziałam. — Pani nie wie, co się z nią stanie? Nie widziała pani zapewne raka.
Zupełnie złamany głos pielęgniarki odpowiedział mi przez telefon.
— Widziałam, rozumiem.
Gdy w przede dniu śmierci odwiedziłam pacjentkę, pracowity jej umysł zachował ledwie chyba jedną setną świadomości, na szczęście dla niej. Przede mną leżał szkielet ludzki pokryty skórą. Wargi spieczone, popękane. Zamiast oczu wielkie oczodoły. Zamiast pięknej ondulacji, siwe włosy potwornie stargane. Widocznie mnie poznała, bo uśmiechnęła się kącikiem ust i coś zamamrotała. Zrozumiałam jedno słowo: „doktór“. Pogładziłam ją po zwichrzonych włosach, uśmiechnęłam się i rzekłam:
— No, proszę pani, teraz już będzie dobrze. Koniec cierpieniu.
Mówiąc to, wierzyłam głęboko, że więcej cierpieć chyba jest nieprawdopodobieństwem. W gardle mnie coś ściskało. Nie mogłam już dłużej siedzieć u chorej. Pogładziłam ją jeszcze po głowie i uścisnęłam jej rękę. Gdy zeszłam z piątego piętra na podwórze, obie moje chusteczki do nosa były mokre. A po powrocie do domu musiałam wziąć większą dawkę bromu. Między czwartą a szóstą po południu oczekują na mnie nowi pacjenci. Muszę być spokojna, muszę być zrównoważona. Punktualnie zaczynam ordynować.
— Więc kto teraz następny?


Nieco rozważań literacko-socjologicznych o pięciu pijakach.

Mam możność wejrzenia do statystyki i porównania rezultatów moich „doświadczeń socjologicznych“ z wynikami badań oficjalnych. Możność