Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A więc rak — myślę sobie — choć minęło już tyle czasu od całkowitego wycięcia piersi, nie chce puścić swojej ofiary. Teraz znów przerzut rakowy na prawą pierś.
Oczywiście nie mówię tego chorej i nawet uśmiecham się do niej łagodnie i beztrosko.
— Pani to nie bardzo nadaje się do leczenia w moim gabinecie — mówię. — Powinna pani iść do szpitala.
W dalszym ciągu rozmowy kładę nacisk na to, że chora mieszka tak zupełnie bez opieki. Broń Boże, nie daję jej do zrozumienia, iż jako internistka jestem zupełnie bezsilna i że tylko chirurg, radiolog, roentgenolog mogą jej coś naprawdę pomóc. Chora zwlekała z decyzją. Zawsze była czarująca i przez dłuższy czas grzecznie, lecz stanowczo opierała się przed kuracją w szpitalu.
— Choć to tak trudno wdrapać się na piąte piętro z powrotem, — mówiła — to jednak wolę panią sama odwiedzać. Pani zapewne i tak ma dość chorych na mieście, więc nie chcę panią doktór wzywać do siebie.
O gdyby ją słyszały „wytworne“, „wpływowe“ i „piękne“ pacjentki, wzywające mnie osobiście do siebie pod groźbą „grandy“, „skargi“ i „pretekółu“, „mdlejące“ w brudnych łóżkach!
Objaśniłam pacjentkę, że moim obowiązkiem jest odwiedzanie obłożnie chorych i że ją odwiedzę nawet bez obowiązku, tylko aby mnie zawezwała zawsze, gdy się tylko gorzej będzie czuła. Nie ustawałam również w namawianiu chorej, aby poszła do szpitala. Pacjentka miała różne znajomości i dzięki poparciu dostała się pod opiekę jednego z profesorów uniwersytetu, do kliniki uniwersyteckiej, gdzie rozpoczęła kurację na koszt Ubezpieczalni Społecznej. Zastosowano niezwykle dużą ilość naświetlań roentgenowskich, gdyż w stosunkowo krótkim czasie chora otrzymała 40 zabiegów. Jednak na klinice dłużej leżeć nie mogła, gdyż bardzo źle czuła się nerwowo, a stan jej nie tylko, że się nie poprawiał ale przeciwnie, choroba rozwijała się coraz bardziej. Odwieziono więc chorą do domu. I tu dopiero zaczęła się jej martyrologia. Była już właściwie skazana na śmierć. Jakże ten nieubłagany wyrok śmierci kontrastował z jej wyglądem! Pacjentka była stale bardzo elegancka, nadzwyczaj umiejętnie malowała swoje policzki. Opowiadała mi, jak lekarze w szpitalu, patrząc na jej rumieńce, nie wierzyli, że jest ona tak ciężko chora. Świadczyło to wszystko, iż chora, nawet w tym maleńkim sektorze życia jaki jej pozostał, nie chciała dać się zepchnąć na dno, i walczyła o swą piękność do ostatka. Jakżeż to było tragiczne, gdyż kobieta ta, jak mi się wydaje nie miała w swoim życiu innego celu, ponad samobytowanie w doskonałości duchowej i cielesnej. Była samotna, niezamężna i od rodziny dalszej stroniła. Leżała więc sama, w swoim kawalerskim pokoiku, na piątym piętrze. Bóle mięśniowe, tak zresztą charakterystyczne dla schorzeń rakowych, brała stale za reumatyzm. Musiałam poza zwykle stosowanymi w tych wypadkach lekarstwami, dawać jej nacierania, w które wierzyła. Chcąc jej dać jak najwięcej z