Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Apel do lekarza.

Do gabinetu wchodzi starszy człowiek i patrzy się na mnie z uporem. Pięści ma zaciśnięte, twarz skupioną. Proszę go, aby usiadł. Nie słucha jednak, staje przede mną na baczność i zaczyna jednym tchem wygłaszać oracje:
— ...I apeluję do pani doktór, że jako odciski posiadam, poproszę o odpowiednie zapobiegnięcie. Człowiek znów nie jestem taki, żebym chciał kogoś wyzyskiwać. Ale oczywiście bezwzględnie odciski mnie bolą.
Patrząc na poważną, pełną skupienia twarz pacjenta, czuję, że śmiać mi się nie wolno. Ale śmiech, jak lawina, chce przerwać wszystkie zapory. Chwytam więc receptę i zaczynam notować pilnie to, co przed chwilą usłyszałam. Dzięki temu apel pacjenta mogłam teraz dokładnie powtórzyć.


Chora wątroba.

Obserwowałam nieraz fakty, że np. ciężko chory na serce nie brał leków, tylko leżał otoczony flaszkami lekarstw, zapisanymi mu przez co raz to innych lekarzy, lub gdy chora na wątrobę, nie wierząc, że jej się pomoże, wylewała zapisane jej lekarstwa.
Miłą niespodziankę więc sprawiła mi pewna pani, która przyszła podziękować mi za dobre leczenie. Była chora na wątrobę i pijąc różne mieszanki oraz sole, stosując przepisaną przeze mnie dietę, znacznie się poprawiła i cierpienia jej ustąpiły. Chora miała lat 50 i była żoną zecera. Ubierała się bardzo starannie i zawsze, przychodząc do mnie, trzymała jakąś powieść pod pachą. Widocznie, czekając na swą kolejkę, czytała. Opanowała mnie radość. Poprzedni chorzy odprawiali zwykle litanie swego niezadowolenia. Choć zrozumiałam, że muszę i że potrafię dzięki długoletniemu treningowi zachować równowagę duchową i ani się z tego wszystkiego cieszyć, ani smucić, tym razem ucieszyłam się. Czułam się więc w obowiązku powiedzieć pacjentce również parę miłych słów.
— Jak to poznać osobę inteligentną. Pani rozumie, że ja przecież po to tu jestem, aby poradzić jak najlepiej i wyleczyła się pani. Przed panią była tu jedna chora na tę samą chorobę i powiedziała mi, że lekarstw jej zapisanych brać nie będzie, bo są gorzkie.
W miarę, jak mówiłam te słowa, na twarzy pacjentki odbijało się zadowolenie, a po tym nawet duma. Wreszcie odpowiedziała:
— Eh, banalność. Z takimi to szkoda gadać. Im tylko pół litra „czystej“ i pół kila krakowskiej.
— Ale na wątrobę to nie są odpowiednie leki — odrzekłam. — Zresztą Ubezpieczalnia na pewno nie wydołałaby w zapisywaniu chorym tych środków.
A kto jednak wie? Może wtedy by niektórzy pacjenci byli zadowoleni i przestali wreszcie narzekać na „Kasę Chorych“.