Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczenie płuc było już daleko posunięte, że nie stwierdzić gruźlicy było dla lekarza niepodobieństwem. Okazuje się, że pacjent wiedział dobrze wszystko o swojej chorobie. Przed tym sam pracował w jakiejś instytucji, gdzie miał zapewnioną pomoc lekarską. Obecnie nie może już pracować, ale pomoc lekarska tej instytucji nie przedłuża się na tych, co przestali pracować. Wobec tego, student, będąc na utrzymaniu ojca, ma zamiar wykorzystać 13 tygodni prawa leczenia się jako członek rodziny. Skierowany przeze mnie i Kasę Chorych, wyjechał do sanatorium. Przebył tam ustawowy czasokres swych świadczeń i wrócił do Poznania. Czuł się na ogół dobrze. Do mnie się później nie zgłaszał, gdyż jego prawa do świadczeń w Kasie Chorych już się skończyły. Dalej leczył się podobno prywatnie jakimiś cudownymi zastrzykami. Po roku, gdy ponownie uzyskał prawo do leczenia na koszt Kasy Chorych, zawezwano mnie do niego. Mieszkał z rodzicami w nowowybudowanej willi na pierwszym piętrze. Stale gorączkował, ale do szpitala, ani sanatorium iść nie chciał. Wobec tego musiałam sama radzić, jak mogłam najlepiej. Zastanawiałam się, skąd ten młody człowiek złapał gruźlicę. Rodzice — okaz zdrowia, choć pracują ciężko. A on, dwudziestopięcioletni mężczyzna, absolwent uniwersytetu — chory. Cóż za cios oczekuje tych staruszków!
Ojciec jego, robotnik z garbarni, uciuławszy swe ciężko zapracowane grosze, nie kupił sobie ziemi, nie wybudował chatki, jak to czyniła znaczna większość robotników lepiej sytuowanych w Poznaniu. Robotnik ten kształcił swego syna na prawnika. I tuż przed dyplomem taki koniec! Chłopiec wiele się uczył, źle się odżywiał. Nie chciał się początkowo leczyć. Sam też pracował zarobkowo.
Ponownie wyczerpał prawo do świadczeń. Było z nim coraz gorzej, choć proces niezmiernie wolno postępował. Następnie stary przychodził do mnie po rady „prywatne“, oczywiście bezpłatne. Mówił do mnie o synu: „Przecież to absolwent uniwersytetu“, jakby dając w ten sposób do zrozumienia, że chory jest moim kolegą. Radziłam jak mogłam najlepiej. Wszelkie odpowiednie do choroby próbki moich lekarstw były w posiadaniu chorego.
Wreszcie pewnego dnia przyszedł do mnie ojciec pacjenta z następującą nowiną:
— Znalazł się doktór, który chce go wyleczyć. Ale za jeden zastrzyk żąda sto złotych... Pani likarko, niech pani poradzi, czy dać temu doktorowi te sto złotych? Przecież to już ostatnie prawie pieniądze. A ja go chcę ratować!
Co tu robić? Patrzę na ojca chorego. Łzy kapią mu po siwych wąsach. Mówię:
— Zdaje się, że medycyna wszystko robiła, co możliwe, aby pańskiego syna uratować. Był w sanatorium — nie żałowano mu tam wszel-