Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


potrząsał głową i jęczał, — a siwobrody Samuel ze współczuciem kiwał głową i mówił:
— Oj — oj! Jakiż to ból! Jaki ból!.
Ben Towitowi spodobało się to współczucie, to też powtórzył swoją opowieść, a następnie znów wrócił do tego dawnego, dalekiego czasu, gdy zaczął mu się psuć dopiero pierwszy ząb — o, ten u dołu, po lewej stronie. Tak, wśród ożywionej rozmowy, przyszli na Golgotę. Słonce, skazane na przyświecanie światu tego strasznego dnia, zapadło już za wzgórza dalekie, tylko na zachodzie pałała, niby krwawy ślad, wąska smuga purpury. Na jej tle niewyraźnie zarysowywały się trzy krzyże, a u podnóża jednego, środkowego, dotrzedz można było białe klęczące postacie...
Tłum rozszedł się już dawno; zrobiło się chłodno, przeto rzuciwszy okiem przelotnie na ukrzyżowanych, Ben Towit wziął Samuela pod rękę i lekko zawrócił ku domowi. Poczuł się szczególnie wymownym, więc też zapragnął jeszcze raz opowiedzieć o bólu zęba. Szli tak oto, i Ben Towit przy pełnych współczucia potakiwaniach i okrzykach Samuelowych robił bolesną twarz, rzucał głową i jęczał sztucznie, — a z głębokich wąwozów, z dalekich, spiekłych równin podnosiła się czarna noc. Rzekłbyś, pragnęła ukryć przed wzrokiem nieba niesłychaną zbrodnię tej ziemi...



66