Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zwyczaił się już prawie do krzyku dziecięcego, to też narzekać począł, że spać nie może. Przeniósł się tedy do swego pokoju, skutkiem czego żona poczęła zalewać się łzami. Wtedy on począł dowodzić, że — „kobiety są bardzo dokuczliwe“...
Nowa żona zaczęła mu wyrzucać, że „jej nie kocha, a tylko pamięć swej pierwszej żony”. Był bowiem rzeczywiście na tyle głupim, że — będąc narzeczonym — oświadczył jej, iż jest podobną do jego pierwszej żony! Wskutek tego życie w domu stawało się nieznośnem...
Siły jego wyczerpały się. Dwakroć spodziewał się ujrzeć ptaka-feniksa, odradzającego się z popiołów czternastoletniej dziewczynki. Najpierw w córce, następnie w drugiej żonie, ale we wspomnieniach jego żyła tylko ta pierwsza: mała dziewczynka z kościelnego dziedzińca, którą widział w ogrodzie pod lipami, kiedy kwitły truskawki i którą nigdy nie nazwał „swoją”...
Ale teraz, gdy słonce jego życia poczęło się chylić ku zachodowi, a dni stawały się coraz krótsze, teraz w godzinę zmierzchu nieodłącznie przed nim stawał wizerunek „starej mamy“, która tak kochała jego dzieci i która nigdy nie złościła się, była nieładna, stała w kuchni i sama prasowała spodenki malców i sukienki dziewcząt. A gdy jego oczy poczęły widzieć wyraźniej, to nawiedzała go myśl: czy nie była ta „stara mama“ w istocie ptakiem-feniksem, ptakiem, który pięknie i spokojnie wyleciał z popiołów czternastoletniej złotej ptaszy-

121