Strona:PL Zygmunt Krasiński - Pisma T3.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odchodząc krokiem — i już siadł na konia, do drzewa w pobliskości przywiązanego, kiedy z za krzaków ukazał się człowiek dziwnej i odrażającej postaci. — Na pierwszy rzut oka można było rozpoznać w nim karła; twarz poorana zmarszczkami nie zgadzała się z dziecinnym wzrostem; nos spłaszczony nachylał się nad szerokiemi jego ustami, dzikim uśmiechem ożywionemi, a oczy wyrodka ludzkości wyrażały nikczemność, czarnym tylko duszom właściwą. Znać było, że go gniew jakiś dojmował, bo żyły na nizkiem ciągnące się czole wzdęły się niezwyczajnie a lica nabrzmiały. Ubiór dziwaczniejszym był jeszcze od postaci: miał na sobie lisie futro, czarnym aksamitem w czerwone paski powleczone; przy boku błyskał sztylet, który porównywując z wzrostem karła, za dość wielką szablę wziąćby można było. Nad głową wznosiła się żółta czapka, dzwonkami srebrnemi opatrzona, które donosiły wcześnie o jego przybyciu brzmieniem podobnem do dźwięku grzechotnika, w dzikich Afryki pustyniach zamieszkałego. Zjawienie się karła wstrzymało kroki rycerza i powitał go natychmiast, bo się oddawna już znali.
— Otóż znalazłem mściciela — krzyknął mały człowiek, ale zaraz przybrawszy poważną postawę, zapytał cichszym głosem: A cóż tu porabiasz, Jordanie z Bordan?
— Nie mam ci odpowiedzi, mój Gondo, na to zapytanie — rzekł rycerz. — Wiesz przecież, że w tych murach mieszka luba sercu mojemu Zbisława z Czernic.
— Ho! ho! ho! luba sercu twojemu nie wiem, gdzie dziś nocować już będzie, mój waleczny rycerzu!
— Co mówisz? przeklęta poczwaro! — zawołał Jordan, ściskając silną prawicą gardło Gondy; — ale wnet uczuł zatapiające się w ramionach ostre karła paznogcie i zdziwiony nadzwyczajną mocą tak malej istoty, puścił go natychmiast.