Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziecię trzymało wielki pęk żółtych lewkonji. I śmiejąc się rozpowiadała, jak wyśledziła, kiedy Rozalja wracała z kupionymi zapasami i jak przetrząsnęła jej kosz. Stanowiło to największą przyjemność dla niej.
Zobacz, mamo! To było na spodzie... Zobacz, jak to ślicznie pachnie!
Płowe kwiaty, nakrapiane purpurowo, wydawały mocny zapach, który się rozchodził po całym pokoju. Helena namiętnym ruchem przycisnęła Joannę do piersi: lewkonie opadły na jej kolana. Kochać, kochać! zapewne, że kochała dziecię swoje. Czyż za mało jeszcze było tej wielkiej miłości, która dotąd zapełniała jej życie? Miłość ta powinna była jej wystarczyć; słodyczy, trwałości i spokoju miłości tej nic nie mogło naruszyć. I mocniej przycisnęła córkę do piersi, jak gdyby chcąc usunąć myśli, które groziły rozłączeniem ich. Joanna tymczasem przyjmowała niespodziany datek pocałunków. Z wilgotnemi oczami, sama przyciskała się do matki i muskała ją pieszczotliwym ruchem delkatnej swej szyjki. Potem, jednem ramieniem objęła ją wpół i z twarzyczką opartą na jej łonie stała spokojnie. Między niemi zapach lewkoni wznosił się. Długo nie mówiły nic. Wreszcie Joanna, nie ruszając się, spytała cichym głosem:
— Mamo, widzisz, tam, przy rzece, kopała różowa cała... Co to takiego?
Była to kopuła Instytutu. Helena spojrzała, przez chwilę zdawała się namyślać — i rzekła.
— Nie wiem. moje dziecię.
Mała zadowolniła się tą odpowiedzią; znowu nastało milczenie. Ale po chwili inne zadała pytanie.
— A tam, bliziutko, te piękne drzewa! — rzekła, palcom wskazując na kawałek pokazujących się Tuilieryów.
— Te piękne drzewa — szepnęła matka. — Na lewo, nieprawdaż?... Nie wiem, moje dziecię.
— Ach — rzekła Joanna.