Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
X.

Tu, wysoko w swoim pokoju, w tem słodkiem zaciszu Helenie było ciężko oddychać. Pokój ten tak szczelnie zamknięty, tak cichy i jakgdyby uśpiony pod przykryciem obicia z niebieskiego aksamitu, dziwił ją teraz; przyniosła tu z sobą krótki, oddech wzruszenia, co burzyło się w jej piersi. Czyż to było jej mieszkanie? ten martwy, samotny zakątek, w którym brakło powietrza? Gwałtownie otworzyła okno i oparła się na niem. Przed nią leżał Paryż.
Deszcz ustał, chmury uciekały, podobne do potwornego stada, bezładnie pierzchającego w mgłach horyzontu. Ponad samem miastem niebo się rozwaliło czystym błękitem; otwór ten zwiększał się powoli. Ale Helena, zadyszana tym szybkim biegiem, nie widziała nic, nic nie słyszała oprócz bicia serca swego, od którego uderzeń pierś jej gwałtownie się podnosiła. Oddychała głęboko; zdawało jej się, że ogromna płaszczyzna ze swą rzeką, swemi dwoma milionami ludzi, swem olbrzymiem miastem, swemi odległemi wzgórzami, za mało ma powietrza, by wrócić jej dawny spokojny i równy oddech. Chwil kilka stała tak, oparta na poręczy okna zatopiona w nawale uczuć i myśli, które bezładnie tłocząc się i kłębiąc jedne na drugie zagłuszały ją i nie dozwalały ani słyszeć, ani rozumieć siebie samej. W uszach