Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ry wciąż siedział przy ojcu, jest już suchotnikiem, podczas gdy Zofia, przebywająca na świeżem powietrzu, cieszy się zdrowiem wyśmienitem.
Tryumfował, a wreszcie z uśmiechem dodał:
— To wszystko przecież nie dowodzi, bym nie zdołał, być może, uratować również i Walentego, ponieważ od czasu, gdy mu zastrzykuję, chłopak niemal odradza się i tyje z dnia na dzień... Ach, Ramond, ty jeszcze będziesz naśladował, tak, będziesz naśladował moje zastrzykiwania!
Młody lekarz uścisnął ręce obojga.
— Ależ ja bynajmniej nie zaprzeczam temu. Pan wie doskonale, że zawsze stoję po jego stronie.
Zostawszy sami, Pascal z Klotyldą przyśpieszyli kroku. Po chwili krótkiej, znaleźli się już na ulicy Canquoin, jednej z najbardziej wązkich, oraz najciemniejszych Starego Miasta. Mimo słońce palące, tutaj rozlewał się niemal mrok, a w powietrzu czułeś woń wilgoci piwnicznej. Przy tej właśnie ulicy mieszkała na parterze jednego z domów Guiraude w towarzystwie syna Walentego.
Otworzyła drzwi sama gospodyni, szczupła, wyczerpana, cierpiąca na powolny rozkład krwi. Od rana do wieczora rozbijała skorupy migdałów końcem kości baraniej na wielkim kamieniu, przytrzymywanym mocno kolanami. Był to jedyny zarobek, dający im kawałek chleba, gdyż syn już zupełnie nie mógł pracować.
Uśmiechnęła się przecież tego dnia na widok doktora, ponieważ Walenty tylko co zjadł z wielkim apetytem kotlet, co się nie zdarzyło już od kilku miesięcy. Ten