Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/460

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Koło się zacieśniało, a jeżeli był tak szorstkim wobec możliwych usiłowań wtargnięcia do niego i odtrącał wszystkie zalecanki matki, to dlatego, że znając wybornie jej zamiary prawdziwe, obawiał się okazać zbyt słabym. Gdyby tylko raz jeden dostała się do niego, już zwolna zdołałaby zawładnąć nim niepodzielnie, aż wreszcie ugięłaby go nieodwołalnie.
To też wszystkie jego męczarnie zaczęły się na nowo, dni całe czuwał bezustanku, sam zamykał drzwi wieczorem, a często i w nocy wstawał, by się naocznie przekonać, czy nie wyłamano zamków. Niepokój jego miał źródło w przekonaniu, że służąca, obałamucona przez matkę i przekonana, że w ten sposób zdoła pozyskać zbawienie wieczne, otworzy jej drzwi.
Już widział w duchu, jak jego dokumenta płoną w kominku, to też podwoił czujność, a w sercu krwawiła się miłość bolesna, czułość ojcowska dla tego stosu zimnych papierów, dla tych chłodnych stronnic rękopismu, z powodu których poświęcił kobietę; do kochania których, wyłącznego kochania zmuszał się całą mocą, byle tylko zapomnieć o wszystkiem innem.
Od chwili odjazdu Klotyldy, Pascal poświęcił się gorączkowo pracy, usiłując się pogrążyć w niej i poprostu utopić bez pamięci. Jeżeli się zamykał; jeżeli nawet krokiem jednym nie wyszedł do ogrodu; jeżeli zdobył się, kiedy pewnego dnia Martyna oznajmiła mu o przybyciu doktora Ramonda, na siłę odpowiedzenia, że nie może go przyjąć, — cała ta silna wola, hartowana samotnością, miała na celu jedynie zapracowanie się na śmierć wśród wysiłków ani na chwilę nieprzerywanych.