Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Lecz owe wszystkie odwiedziny, jak jej sam wyznał szeptem cichym tej nocy pamiętnej, były niemal wyłącznie odwiedzinami, niosącemi ulgę w cierpieniu i pociechę.
Już przed laty ostatecznie doszedł do tego, że wykonywał swoją praktykę lekarską jedynie ze wstrętem, a to z powodu, iż odczuwał doskonale całą bezpodstawność terapeutyki.
Pocieszył go empiryzm.
Od chwili, kiedy medycyna stała się dla niego nie nauką doświadczalną, lecz sztuką, odczuwał niepokój groźny wobec nieskończonego powikłania choroby, tudzież lekarstwa, stosownie do chorego. Środki zaradcze zmieniały się wraz z hypotezami; iluż to ludzi musiały pozabijać metody, dzisiaj już rzucone w kąt między śmiecie!
Węch poprostu lekarza znaczył tutaj wszystko; ten z nich, który zdołał wyleczyć chorego, był poprostu wieszczkiem, szczęśliwie obdarzonym od natury; szedł on po omacku; kierując kuracyą wedle ślepego losu.
Ta okoliczność właśnie tłomaczyła dostatecznie, dlaczego po latach dwunastu praktyki, zwolna, niemal zupełnie zaniedbał swoich klientów, by wprost poświęcić się badaniom ścisłym, badaniom naukowym.
Potem, kiedy olbrzymie studya nad dziedzicznością na chwilę go napełniły nadzieją, że można zapobiegać chorobom i leczyć je z pomocą owych zastrzykiwań podskórnych, ponownie zapalił się do praktyki Trwało to przecież tylko tak długo, jak długo nie obudziła się w nim jeszcze potężniejsza, niż dawniej, wiara w życie, wiara, która poprzednio nakłaniała go do niesienia temu