Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

da, kapryśnica, odzwierciedlała swoje zamiłowanie do mistycyzmu.
Na tle porzucanych kwiatów, kwiatów, kwiatów, spadajacych niby gwiazdy, o przepychu iście starożytnym widniał stary król, twarzą zwrócony do widzów, z ręką opartą na nagiem ramieniu Abisaigi; dziecko zaś owo, bardzo białe, było nagiem aż do pasa.
On, ubrany niesłychanie wspaniale w suknię długą i niezszywaną, zdobną w drogie kamienie, dźwigał na włosach siwych przepaskę królewską. Ona przecież wyglądała jeszcze wspanialej, choć jedyną jej ozdobę tworzyła cera jedwabista koloru lilii, kibić długa, cienka, pełna wdzięku i gibkości zarazem, szyja okrągła i drobna, ramionka zwinne boskiego uroku.
On panował i opierał się, jako pan prawdziwy, potężny, a kochany, na tej poddance, wybranej z pomiędzy wszystkich, tak dumnej z tego, iż została wybraną, tak zachwyconej tem, iż mogła użyczyć swojemu królowi własnej krwi odżywczej, bo młodością kipiącej. Cała jej nagość, niewinna a tryumfująca, tworzyła właśnie wyobrażenie dokładne, szczerego jej poddaństwa, jej oddania się spokojnego, lecz stanowczego, daru z całej jej istoty, wobec zgromadzonego ludu, w biały, jasny dzień.
I on był bardzo wielki, a ona była bardzo czysta; otaczała zaś ich obojga jakaś aureola, z gwiazd nadziemskich uwita.
Długo, bardzo długo Klotylda nie malowała twarzy obu tych postaci, pozostawiając na to miejsce rodzaj mglistego szkicu.