Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

poklasyfikował już i wiedział doskonale, do czego który z nich jest zdolny, ale żywo interesując się dziećmi, nowymi, małoletniemi członkami rodziny. Napisał nawet do kolegi swego w Noumei, prosząc go o szczegóły objaśniające i dokładne o żonie Stefana i o tem dziecku, jakie się z tego małżeństwa urodziło, ale dotychczas nie odebrał żadnej wiadomości i obawiał się bardzo, że z tej strony drzewo genealogiczne dokompletowane nie zostanie. Lepiej był poinformowany o dwojgu dzieciach Oktawiusza Moureta, z którym pozostawał w ciągłej korespondencyi. Była tam dziewczynka, która rosła wątło i niepokoiła rodziców zdrowiem swojem, gdy tymczasem chłopczyk, bardzo podobny do matki swojej, doskonale się chował, w zdrowiu silnem i równowadze młodziutkiego umysłu. Zresztą najwięcej budował nadziei na potomstwie Jana, którego pierworodny był chłopcem przepysznie zbudowanym, w którym czuć było odrodzenie, soki nowe tych ras, które się umacniają przy ziemi. Czasem jeździł do Valqueyras i wracał uszczęśliwiony tą płodnością zdrowego rodu. Ojciec, spokojny i rozsądny, ciągle przy pługu, matka zdrowa, wesoła, prosta kobieta, o biodrach szerokich, świat cały pomieścić mogących. Kto wie, skąd wyrośnie gałąź zdrowa?.. Może mędrcy i wielcy przyszłości stąd wezmą początek!?.. Dla jego drzewa najsmutniejszem było to, że te chłopięta i dziewuszki były jeszcze tak małe, że ich ocenić i rozmieścić nie mógł. I w głosie jego czuć było rozrzewnienie, gdy mówił o tej nadziei przyszłości, o tych główkach jasnowłosych, w niewypowiadanym i głuszonym żalu nad swojem własnem bezżeństwem.