Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrzeć, jakby się fale w nieskończoność snuły,
I spoglądać na miasto, cyprysy, kopuły,
Kiedy się palą w purpury płomieniu.

Potem śród słodkiej nocy na lekkiej galerze
Płynąć przy brzmieniu fletów, rzuciwszy wybrzeże,
Kiedy zmierzchy półksiężyc tajnym wdziękiem stroją;
Zlekka z lica wybranej uniosłszy zasłony,
Ujrzałbym w ciemném oku płomień rozrzarzony
Coby mi mówił: „luby, jam jest twoją!”.

Tak śnił niewolnik. Kajdan wtem brzękły ogniwa,
I z przerażeniem z łoża spoczynku się zrywa,
Z sinemi usty, z spojrzeniem tęsknoty:
Bo gwiazda ranna zbladła już w błękitnym wschodzie,
Przed jeńcem stał dozorca, głaszcząc się po brodzie,
I krzyknął: „wstawaj ty psie do roboty!”