Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak na namiętne prośby Pigmaliona,
Gdy drżącą dłonią objął zimny głaz,
Z marmurowego ogień trysnął łona,
I na policzku martwym płomień brzasł;
Tak jam naturę w objęcia me chwytał,
Pótym nie przestał u stóp jéj się wić,
Póki w niéj odbłysk żądz mych nie zawitał,
Na piersi wieszcza, aż poczęła żyć.

I podzielając mych uczuć płomienie,
Niema natura odnalazła głos,
Pojęła duszy mojéj uniesienie;
Jam w jeden uścisk miłosny z nią zrósł,
I wtedy dla mnie żyły drzewa, róże;
Srebrzysty strumyk pieśnią dla mnie grał;
I wszystko martwe ożyło w naturze,
Mojego życia oddźwięk wszędzie brzmiał.

Potężniejące sił moich rozwicie
Rwało się z piersi we wszechświata krąg,
By wszystko objąć i wcielać się w życie,
I w czyn, i w słowo, w kształtów, dźwięków ciąg.
Jakże mi świat ten zdawał się wspaniały,
Póki w zawiązku osłony się krył!
A jakże potem był drobny, mały!
Gdy się rozwinął, jakże nędznym był!

Śmiało odwagi rozszerzywszy skrzydła,
W uroczych marzeń zatopiony szał,
I żadnéj troski nie znając wędzidła.