Strona:PL Wyspiański - Kazimierz Wielki.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XLIII.

Potem te kości moje ktoś wybierał;
podawał tym, co na kościele stali; —
lecz jakiś dziwny żal z ócz im pozierał,
tacy się czuli strwożeni, nieśmiali;
jakby mniemając, żem drugi raz umierał,
gdy mię w sosnową trumienkę chowali.
— Aż gdy mi i koronę zdjęto z czoła,
pojąłem: — — oto Pomsty wszystko woła.

XLIV.

A każda moja kość była nazwana,
przez te ich ręce przesuwana drżące,
że czułem po tych rękach: rozerwana
jest wielka Miłość, — a duchy w nich śpiące,
obawą wielką ucichłe tyrana, —
tak się skarżyły, tak były płaczące,
że prawiem szedł przez ręce ich bezwiedne
sam — i poznałem te dusze spowiedne.

XLV.

Jako w wichrowym locie płaczą drzewa
brzozy, a liścia warkoczem się skarżą;
jako po starych dzwonnicach wichr śpiewa;
jako nad trupem ległych konie zarżą;
jak wody, gdy się ścina w lód polewa
i co śpiewniejsze fale już zamarżą,
skargami jęczą i żalą się ze dna; —
tak w nich dźwięczała w sercach Skarga jedna: