Strona:PL Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego. T. 2.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sunie z nią jak świerk, wyniosły król borów,
A kędy ramię, niby gałęź, przegnie,
Słychać jęk, potem ktoś w ciemności legnie,
I głuchym szczękiem chrzęśnie zbroja cała
Nad piersią, która żyć i czuć przestała.

Szeroko Szwedzi zalegli śnieg biały,
Organki Stacha jeszcze raz zagrzmiały,
Dym buchnął i Stach zniknął w dymu kłębie,
A ostatniego Szweda Bartek rębie.
Nikt nie poprosił, nikt nie dał pardonu;
W niebo powrócił cichy anioł zgonu,
I wszystkie dusze w ręce oddał Panu,
Jakoby kłosy wyzbierane z łanu.
Zdjął też i lilię ze skrzydełek jedną;
Białą, prześliczną Basi duszę biedną;
A dając Bogu, prosił za nią: „Panie!
Ta lilia niech się aniołeczkiem stanie!“

Radość zwycięzkie krasiła oblicza.
Wszyscy stanęli wkoło Wąsowicza,
A ten im począł: „Opowiem staroście,
Jakoście dzielnie bili się waszmoście!
Imieniem króla, górą Sądeczanie!“
„Górą Wąsowicz! — krzyknęli mieszczanie, —
Górą Wąsowicz! z bracią góralami,