Strona:PL Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego. T. 2.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Co krwi spalonej z niego już wyciekło,
I umrę... Basiu! — Basiu, pójdę w piekło.“

I przestał mówić i w głos się rozszlochał,
I łzami tylko skarżył, że tak kochał;
Ona zaś z rączki skroń podniosła białą,
Spojrzała, w oczach miała duszę całą, —
Miała żal szczerej, siostrzanej litości,
I siebie całą, — — jeno nic miłości.
Lecz wnet się ozwie z litośnym uśmiechem:
„Ej, Bartłomieju, tak wyrzekać — grzechem.
Cóż wam? to wojny, to znów żony chcecie,
Od żony znów was na wojnę pomiecie;
I tak bez końca będzie tej swawoli, —
Ot zaprzestańcie, bo aż słuchać boli.“

„Boli?!“ Bartłomiej pochwycił z zapałem,
„Ha, pomyśl, dziewczę, czem to ja się stałem!
Gdzie moja młodość? na tęsknocie znika.
I już sąsiedzi mają mnie za dzika —
A to przez ciebie wszystko — och!... i zakrył oczy,
Uczuł, że widmo znów mu ducha mroczy,
Wabi go... On raz z bardą stał na skale
I sosny spuszczał w Dunajcowe fale,
Wtem spojrzał; strach! strach! z fali jasnolice
W pląsach skoczyły na brzeg topielice.
W złociste z tęczy przyodziane rąbki,