Strona:PL Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego. T. 2.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znowu jak wicher zerwali się razem,
Wpadli i kruszą żelazo żelazem.

Legli pancerni, Rożniatowski pada...
Ha! już na ołtarz puszcza się gromada:
Na strzał już tylko... ołtarz i naczynie
Krwią niewinnego księdza wnet opłynie!
Wtem mnich się zwraca z krzyżem Zbawiciela,
Błogosławieństwo poległym udziela,
I — „w imię Ojca! — “ tłuszcza krwi nie syta
Wstrzymała lejce, stanęła jak wryta.
Lękliwsi krzyżem naznaczyli czoła...
Marzą, że widzą z Ławry apostoła;
I wnet pacierza rozległy się gwary...
Wtem najzuchwalszy krzyknął: „Hej, to czary!
Lecz boże zioła taki czar rozbroją:
Hurra!“ chciał pomknąć, spojrzał, wszyscy stoją.

Mnich stał, ku niebu miał twarz obróconą,
Zapadłe oczy jak dwie gwiazdy płoną.
Kiedy prawicą czynił krzyż widomy,
Oczyma z niebios, zda się, zaklnie gromy;
A była cisza nad całym obozem...
Kozacy milczą, drżą, jak ścięci mrozem,
Skoczyli z koni, padli na kolana...
Ich dusze trwoga ciśnie niezbadana,