Strona:PL Wilk, psy i ludzie. W puszczy (Dygasiński).djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ VIII.




Marcycha i spotkanie się dwóch starych znajomych.


Kiedy Marek Kukułka rozmawiał w ten sposób z Tynią, na grobli po drodze do Orłowej Woli między wiejskiemi chatami biegła stara, wysoka, chuda kobieta. Na głowę narzuciła brudną chustkę; miała na sobie zgrzebną koszulę i czerwoną, oberwaną spódnicę. Rozpięta koszula dozwalała widzieć pierś zmiętą i poczerniałą, a z pod spódnicy wysuwała się para nóg obrzękłych, podrapanych. Szła z zaciśniętemi pięściami, potykała się niekiedy jak pijana, spoglądała dziko na prawo i na lewo. Za tą wiedźmą pędziła gromada brudnych, obdartych chłopaków i dziewek, a wszyscy krzyczeli:
— Marcycha! Marcycha! Marcycha!
I rzucano na nią garściami pyłu niekiedy zaś bryła zeschłego błota trafiała w głowę kobietę wśród głośnych wybuchów śmiechu. W takich razach ścigana przystawała, zwracała się ku napastnikom, klęła, spoglądała nienawistnie, goniła za nimi, a gromada dzieci z wrzaskiem pierzchała na wszystkie strony. Na podwórkach szczekały psy, a z chat powychodzili gospodarze, gospodynie, parobcy i dziewki; ci wszyscy także się natrząsali z tej kobiety, pokazywali ją sobie palcami. Był krzyk, zgiełk wielki, uciecha pomiędzy ludźmi w Orłowej Woli.