Strona:PL Wells - Kraina ślepców (zbiór).pdf/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

chwilę. — Nie pojmuję, co ludzie mogą na to poradzić?
— Powinno się czekać, aż sobie pójdą.
— Ba, kiedy one właśnie nie odchodzą.
— Pójdą sobie — powtarzam.
Poza Tamandu całe długie osiemdziesięciokilometrowe wybrzeże niezamieszkałe jest przez nikogo; dalej, dopływ Amazonki i rzeka Batemo tworzą razem olbrzymie jezioro; a jeszcze dalej las podchodzi do rzeki i staje zwartą ścianą wzdłuż łożyska. Charakter koryta rzecznego zmienia się, płyną po nim stosy pni drzewnych.
„Benjamin Constant“ zarzucił tego wieczora kotwicę w cieniu nadbrzeżnych drzew. Po raz pierwszy od wielu dni podróżni zaznali nieco chłodu; Holroyd i Gerilleau siedzieli do późnej nocy, paląc cygara i rozkoszując się rzeźwem powietrzem. Myśli Gerilleau były przepełnione mrówkami i tem wszystkiem, czego się od nich należało spodziewać. Zdecydował się zasnąć wreszcie i leżąc już na materacu, umieszczonym na pokładzie, powiedział po raz setny z niepokojem, a nawet z rozpaczą:
— Jaka jest rada na mrówki? Wszystko to nie ma ani odrobiny sensu.
I Holroyd pozostał sam, pogrążony w myślach, drapiąc pogryzione, swędzące dłonie. Usiadł na burcie i przysłuchiwał się zmiennemu oddechowi Gerilleau, póki ten nie zasnął. Plusk wody ściągnął jego uwagę i znów powróciło poczucie ogromu otoczenia, które narastało ciągle od chwili wyjazdu z Para. Jedno jedyne światło błyszczało na statku i słychać było głosy na dziobie okrętu. A potem — cisza. Oczy Holroyda przeniosły się z ciemnych zarysów kanonierki na brzeg, słabo widniejący w ciemnościach, w kierunku czarnej, oszałamiającej tajemnicy lasu, gdzie migotało czasami światełko