Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

sceptycy zarówno, jak wierzący, byli zdumiewająco towarzyscy tego dnia.
Łąka Haysmana pyszniła się obecnością namiotu, w którym pani Bunting z innemi damami przygotowywała herbatę, a tymczasem dzieci ze szkółki niedzielnej urządzały wyścigi i bawiły się w różne gry pod hałaśliwą komendą wikarego, oraz panien Cuss i Sackbut. Niewątpliwie panowało w powietrzu pewne zakłopotanie, ale po największej części ludzie mieli na tyle zmysłu, aby ukryć starannie imaginacyjne mdłości, jakie im ranne zajście sprawiało. Na murawie wiejskiej cieszył się ogromnem powodzeniem pochyło biegnący sznur, po którym, trzymając się rączki, uczepionej do lekko sunącego się bloczka, spadało się w dół i uderzało gwałtownie o siennik, napchany słomą; zabawie tej i huśtawkom oddawali się z ochotą dorośli. Nie brakło też amatorów przechadzki, a parowa katarynka, łącznie z małym karuzelem, wypełniała powietrze gryzącym odorem oliwy i równie gryzącą muzyką. Członkowie klubu, którzy byli w kościele rano, wyglądali wspaniale w kokardach różowo-zielonych, a niektórzy z weselej usposobionych poozdabiali kapelusze jasnobarwnemi wstążkami. Stary Fletcher, posiadający purytańskie wyobrażenie o święcie, przezierał przez krzaki jaśminu około swych okien lub przez otwarte drzwi.
Około godziny czwartej, pojawił się we wsi jakiś obcy, zdążający od strony błonia. Był to nizki, krępy człowiek, w nad wyraz zniszczonym cylindrze, a przytem czynił wrażenie zadyszanego. Policzki jego naprzemian to się wydymały, to zapadały. Plamiste oblicze zdradzało wylęknienie, a posuwał się naprzód z ro-