Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Tylko nie puszczajcie go! — wołał jakiś tęgi wyrobnik, trzymający zakrwawioną łopatę — on tylko udaje.
— On wcale nie udaje — rzekł doktor, unosząc ostrożnie kolano — a zresztą trzymam go.
Kemp twarz miał obrzmiałą i zaczerwienioną, a wargę zakrwawioną. Uwolnił jedną rękę i zdawał się macać niewidzialną twarz.
— Cała twarz jest wilgotna — rzekł, a potem zawołał: — Wielki Boże!
Powstał, wyprostował się i znów potem ukląkł na ziemi obok czegoś niewidzialnego. Tymczasem coraz większy tłum się gromadził. Ludzie zaczęli wychodzić z domów. Drzwi oberży też się rozwarły. Panowała cisza. Kemp badał pilnie, a zdawało się, że ręce jego poruszają się w pustem powietrzu.
— Nie oddycha — szepnął — serce nie bije już wcale.
Staruszka jakaś, patrząca przez ramię wyrobnika, krzyknęła przeraźliwie:
— Patrzcie tutaj!
I wskazała pomarszczonym palcem w miejsce, w którem spostrzeżono teraz zarysy ręki bezwładnej, zwróconej dłonią w dół, zarysy słabe, jakby ze szkła, przejrzyste do tego stopnia, że żyły i tętnice, kości i nerwy dawały się łatwo odróżnić. Stopniowo zarysy stawały się coraz wyraźniejsze i coraz mniej przejrzyste.
— Oho! — zawołał policyant — stopa zaczyna się pokazywać.
Tak zwolna, zacząwszy od rąk i stóp, a idąc ku