Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i naradzać z innymi, którzy już sięgali po pieniądze. Najenergiczniejsi stawali do kupna.
Krystjan rzekł Amadeuszowi:
— Kupmy te ryby i rozdamy ludziom, dobrze?
— Czyń co chcesz, — odrzekł Amadeusz z niechęcią, — wielcy panowie muszą mieć zawsze jakąś zabawkę.
Czuł się nieswojo wśród powstającego zbiegowiska.
Krystjan podszedł do handlarzy, z trudem jeno i powoli mogąc się porozumieć z jednym z nich, mówił bowiem poprawną francuszczyzną. W końcu handlarz pojął o co idzie, zawołał innych. Nastąpiła gadanina, popierana gestami. Proponowano różne ceny i odrzucano je, aż wreszcie znudzony Krystjan wymienił cyfrę znacznie wyższą od najwyższej, jaką proponowano i podał portfel Amadeuszowi, by zapłacił. Następnie rzekł po niemiecku:
— Te ryby są waszą własnością.
Kilku zrozumiało i powiedzieli to innym. Jęli podchodzić lękliwie. Żółta jak cytryna, chora na wątrobę kobieta, pierwsza wyciągnęła rękę. Za chwilę nadciągnęły setki z koszykami, garnkami, siatkami i workami. Kilkunastu starszych utrzymywało ład w ciżbie. Jeden z nich, przybrany w kaftan, z długą, białą brodą skłonił się przed Krystjanem trzy razy, do samej niemal ziemi.
Swawolną jakąś uniesiony chętką, by dokonać sprawiedliwego podziału, zakasał rękawy i jął wydelikaconemi rękami nakładać ryby. Śmiał się, a handlarze śmiali się także. Uważali go za jednego z owych postrzelonych Anglików, którzy polują na sensację.
Nagle uczuł wstręt do tych ryb cuchnących, a bardziej jeszcze do ludzi. Dusił go ohydny odór ich ciał,