Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obchodzi wrażenie, jakie wywiera na tobie Fjedor Szilagin.
Patrzył w milczeniu, jak obity i blady. Uczucie upokorzenia rosło, niby gorączka.
— Zaprosił mnie na jutro do siebie, — wybąknął. — Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie pójdę.
— Pójdziesz! — odrzuciła żywo. — Proszę, byś poszedł! — potem unikając jego zdumionego spojrzenia, dodała: — Będzie tam Maidanow. Chcę, byś go zobaczył.
— Z jakiego powodu?
— Powinieneś wiedzieć gdzie sięgam, co czynię i dokąd idę. Czy umiesz czytać w twarzach? Sądzę, że nie. Mimoto idź lam.
— Co postanowiłaś? — spytał płochliwie.
Zatrzęsło nią zniecierpliwienie:
— To tylko, co dawno już było zadecydowane! — powiedziała tonem wysokim, krzykliwym. — Czyż mam nasz szalony, piękny maj, snuć aż do ponurego listopada? Zbyteczna była wczoraj ścisłość twoja. Sen skończył się dla nas jednocześnie. Wszakże wiesz o tem, człowiek wykwintny nie odkłada kart, w tej dopiero chwili, kiedy partner dobywa ostatniej stawki.
Zasługujesz na uczciwą rozłąkę. Mogłabym cię wziąć na łańcuszek i ogłodzić, jak le wszystkie małe pieski, które skuczą i gotowe są zrujnować się dla mnie. Oni zwą to namiętnością, płomieniem, ja jednak nie chciałabym od płomienia tego zapalić świecy, w celu rozsznurowania sobie trzewików.
Skrzyżowała ramiona, zaśmiała się zcicha i ruszyła ku drzwiom.
— Nie zrozumiałaś mnie wcale! — powiedział przerażony i zastąpił jej drogę. — To nie są puste słowa.