Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z nią siebie poto tylko, by zapomnieć bólu i zaznać oszołomienia.
Zdumiał się Krystjan mądrością Letycji, która zawsze wywoływała jego pobłażliwy uśmiech. Mimo wszystko jednak wiedziała teraz, że cierpi. Ból ten przedziwny, z dnia na dzień, z godziny na godzinę wzrastał, niby rana, żrąca wokół siebie coraz to nowe komórki.
Głowę złożył na ramieniu kochanki, której małe piersi, wychylające się z fjoletowej zmroki były okolone drgającym konturem. Przepajała go nawskróś jej piękność, niepowszedniość i lekkość. Czuł, że ją kocha wszystkiemi myślami i każdym fibrem ciała, ale nie znajdzie u niej pociechy, ni pomocy.
I znowu posłyszał głos wnętrzny: — Krystjanie wstań! — ale wsiać nie mógł. Kochał tę kobietę i bał się żyć bez niej.
Świtało już, gdy Ewa obróciła ku niemu twarz.
— Gdzie jesteś? Gdzie spozierasz? — zapytała.
— Jestem przy tobie! — odrzekł.
— Aż do ostatniej myśli swojej?
— Nie wiem, nie znam bowiem ostatniej myśli mojej.
— Chcę cię posiadać całego, z każdym oddechem, a nie posiadam w pełni.
— A ty... — odrzekł wymijająco — czy cała jesteś przy mnie?
Rzuciła się nań i zawołała namiętnie, a władczo:
— Jesteś moją własnością, więcej niż ja Iwoją.
— Czemuż to?
— Ogarnia cię przerażenie? Skąpisz siebie? O tak, jesteś bardziej moim. Odczarowałam cię. Zmiękczyłam kamienną twą duszę.