Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niechaj się on, co by jadł, coby mówił, stara,
Tego, co dał przywilej, najmniej nie ugara.
Jam rozumiał, że mu to — odpowiedam szczerze —
Wszytko piszą w tak drogo kupionem papierze.
Anoż — rzekę — drugi dym gorszy, niż w aptece:
Wżdy tamten pachnąć będzie przytknąwszy do świece;
Zgore papier? niemasz nic, prócz dymu a smrodu,
Nie zgore? po twej śmierci pójdzie do wychodu.



Nabożeństwa do niektórych plebanów.


Aleć siłu kramarzów i krom tych widzimy,
Którzy ludziom przedają tym podobne dymy:
Tu kładę nieposłuszną Kościołowi księżą,
Co darmo wzięte drogo świętości pieniężą.
Gorsza, czego nie wzięli i nie mają — ktoby
Rzekł? — ziemię im powszechną sprzedają na groby.
Nie płacą ich domowi i zwierzowie dzicy,
Własną swą ziemię muszą płacić im dziedzicy.
Gnije bydlę z kościami w swym do końca świata.
Dość zgnić; człeczemu ciału precz kości wymiata.
Choćby lewici mieli po dziesiąci łanów,
Więcej trzy łokcie ziemie panoszy plebanów,
Nie orząc, ani siejąc, czegoby śród Krymu.
Nie znalazł. To ci nie są przekupniami dymu?
Insze rzeczy wyliczać długoby, jako są:
Pacierz czytany, świece z kropidlaną rosą.
Wszytko to dobre, wszytko w kościołach zwyczajne,
Jednak za pieniądze być nie może przedajne,
Jako dym czystych modlitw wdzięczna Bogu wonia,
Co go ściany nie zamkną, wicher nie rozgonia,