Strona:PL W klatce.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakich ja, mosanie tego, w życiu mojém nie widziałem; schwycił się za serce, jęknął i upadł-by na ziemię, gdybym ja nie stał za nim i nie podtrzymał go, mosanie tego!
— A czy ksiądz proboszcz zna się cokolwiek na medycynie? — zapytał Cypryan.
— Oho! Podobnoć sam uczył się kiedyś na doktora, a póki pana Lucyana w N. nie było, leczył często a dobrze.
Lucyan leżał na ławce, martwy i piękny w nieruchomości swojéj. Długie rzęsy jego zamkniętych oczu rzucały cień na bladą twarz; usta bez krwi nie zamknęły się całkiem po ostatnim jęku; czoło przysłaniały rozrzucone czarne włosy. Jedna ręka jego leżała na piersi, druga zwisła ku ziemi.
Obok niego stali: Grodzicka ze szklanką wody w ręku, Cypryan z serdeczną troską na twarzy i Dembowski, tarmoszący niespokojnie swoje siwe wąsy.
Za jeden ze słupów gankowych napół ukryła się Klotylda i, jak skamieniała, stanęła z załamanemi i konwulsyjnie zaciśniętemi rękoma.
Wkoło ganku coraz więcéj zbierało się ludzi; pożałowania, westchnienia, pytania rozlegały się coraz gwarniejsze.
Po chwili od strony plebanii ujrzano idącego spiesznie księdza proboszcza. Tłum się rozstąpił i ksiądz, ze wzruszoną twarzą, stanął nad Lucyanem.
Głuche milczenie ogarnęło obecnych. Oczy wszyst-