Strona:PL W klatce.djvu/382

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kochany, będziesz tyle gratów z sobą woziła? A toć w wielkiém mieście, dostaniesz zegar i nowy, i za tanie pieniądze. Zresztą nie na wieczność przecie wyjeżdżasz, i wróciwszy, znajdziesz wszystko, co zostawisz.
Dolewska pokiwała smutnie głową.
— Oj, moja pani Wincentowo — odrzekła — człowiek wié, kiedy wyjeżdża, ale kiedy wróci i czy wróci, wiedziéć nie może. To tylko w Bozkich ręku, a ja już stara! Ot, wiész co, serce mi się kraje, patrząc na te kąty, których już może nigdy nie zobaczę, a w których tyle lat przebiedowałam. Ja myślę, pani Wincentowo, że bogaci ludzie jeżdżą tak z kąta w kąt po świecie całym, nie przywykając, jak biedni, do jednego miejsca, dlatego, że mało cierpią; bo kiedy człowiekowi ciężko na sercu i nie ma z kim biédy podzielić, to płacze sobie po cichu w kątku, a potém już jemu ten kątek drogi i miły, jak przyjaciel serdeczny, co patrzył na łzy jego i przytulił go wtedy, gdy cały świat był dla niego zimny i nieludzki.
I ze łzą w oku oglądała się staruszka po spustoszałych kątach swego domu.
— Ot, choćby i ten zegar — mówiła daléj, łzawo patrząc na cyferblat z wielkim u góry bukietem — jak ja miałam nie przywyknąć do niego? Pamiętam, że w rok po ślubie naszym, nieboszczyk mój Józef przywiózł go z Wilna. Ja, moja pani Wincentowo, byłam wtedy bardzo młoda i śmiechulska straszna,