Strona:PL W klatce.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bym udała się do pani Warskiéj, z prośbą o pomoc w mojéj biédzie.
— No i cóż? widziałaś panią Warską?
— Ach, moja pani aptekarzowo dobrodziejko — zawołała panna Zuzanna, składając ręce i kiwając swoją małą główką — co ja widziałam, co ja widziałam! śliczności! śliczności! Czy pani aptekarzowa dobrodziejka pamięta mój sen zaraz po Bożém Narodzeniu, że niby to był taki piękny pałac i taki piękny ogród, jak raj niebieski, i że nibyto po tym ogrodzie pan konsyliarz chodził pod rączkę z jakąś taką piękną panią, że aż oczy trzeba było mrużyć patrząc na nią, i że niby to wyskoczyła na nich bestya i pan konsyliarz rozdarł ją na dwoja?
— Pamiętam, i cóż ztąd?
— Otóż rychtyk słowo w słowo ja dziś wszyściutko to na własne oczy widziałam.
— Jakto, i bestyą? — spytała pani Dolewska z uśmiechem.
— A, broń Panie Boże! bestyi nie było, ale taki sam pałac, taki sam ogród i po tym ogrodzie tak samiuteńko pan konsyliarz chodził pod rączkę z panią Warską. A pani Warska to taka była dziś piękna, niby to anioł, w białéj sukni i z różowym kwiatuszkiem we włosach.
— A mój Lucyś chodził z nią po ogrodzie?
— A jakże!... Boże mój, Boże! pani aptekarzowo dobrodziejko, ta pani Warska, to anioł! Przywitała