Strona:PL W klatce.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


choréj, poczém oświadczył, że przyjedzie dopiéro za tydzień, bo konwalescentka może się bez niego obejść, a on ma pacyentów, do których na dni kilka pojechać musi.
— A u pani Warskiéj, czy pan nie będzie? — spytała go Magdzia.
— Dziś nie — odrzekł obojętnie; — zawcześnie jeszcze na wizytę — dodał, patrząc na zegarek.
— Widziałam jednak — ozwała się Elżusia — że pani Warska pojechała już konno na spacer.
Na te słowa w oczach Lucyana zamigotało jakieś dziwne światło; znawca fizyognomii ludzkich rzekłby, iż byłto błysk nadziei.
— Jak się ma pani Warska? — spytał, zwracając się ku Magdzi.
— Zawsze śliczna i dobra jak anioł — odparło dziewczę.
Doktor pożegnał wszystkich, siadł na koń i zwolna jechał pocztową drogą.
Pogodnie i cicho było na świecie, znikąd odgłosów żadnych; spokój panował w naturze, a jednak Lucyan, jadąc, oglądał się ciągle wkoło, jakby czegoś szukał oczyma, jakby dosłuchiwał się jakichś odgłosów. Na drzewach, zdobiących drogę, drżały listki pozłacane słońcem, w powietrzu czystém krzyżowały się strugi błękitnych i złotych promieni, Młody człowiek jechał drogą zwolna, zamyślony, niespokojny,