Strona:PL W klatce.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


potém podniosła głowę i, spoglądając w twarz Klotyldy, rzekła znacząco:
— Jak tu pięknie, jak tu cicho, jak tu wonno! Dom twój, pani śliczna, to istny raj na ziemi, a tyś w nim jasnym aniołem!...
Klotylda uśmiechnęła się smutnie i ustami dotknęła czoła Magdzi, a dziewczyna, razem z pocałunkiem, poczuła spływającą na jéj czoło łzę.
— Czy i w raju nawet łzy płyną? — spytała cicho, patrząc ciągle w twarz Klotyldy.
— Dziecię moje — odrzekła piękna kobieta, — gdzieś daleko po-za światem tym, jest pewnie raj taki, zgotowany wybranym, w którym cichną wszystkie smutki i niepokoje serca ludzkiego; ale w każdym ziemskim raju, na dnie wszystkich rozkoszy i piękności, muszą zawsze znaléźć się łzy...
Gwiazdy pogodnéj nocy wiosennéj długo oświetlały grupę dwóch kobiet, pół ukrytą w cieniu mirtów i pomarańcz.
Kiedy około północy Klotylda została sama, zadzwoniła i wszedł Ignacy.
— Proszę cię, Ignacy — rzekła, — aby jutro o godzinie ósméj rano Pegaz stał osiodłany pod gankiem; chcę pojechać konno.
Nazajutrz Marylka znowu się zdziwiła, gdy dzwonek pani wezwał ją o wcześniejszéj, niż zwykle, godzinie.
Klotylda włożyła amazonkę i kapelusik z czarném