Strona:PL W klatce.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jestem daleki od lekceważenia indywidualnych uczuć, wiążących nieraz tak pięknie i trwale dwoje ludzi. Ale wierzę także, że uczucie takie nie ma być alfą i omegą ludzkiego istnienia, że ugiąć się, złamać się pod niém, może tylko taki człowiek, któremu ono zastąpić musiało wszystko: czyn, ideę, sławę. W klatce niéma wyboru pożywienia; zgłodniały bierze w niéj taki pokarm, jaki spotyka; a jeżeli pokarm ten jest trucizną, żyje nią czas jakiś, a potém... umiera, i tém się kończy jedna z tragi-komedyi ludzkich na świecie.
Klotylda patrzyła z zajęciem na rozumną i ożywioną twarz doktora.
— Masz pan słuszność — odrzekła po chwili namysłu. — Pod wpływem złego ustroju społecznego, ileż najlepszych usposobień psuje się i krzywi, ileż bogatych zasobów ducha upada w kał, albo przynajmniéj marnuje się bezużytecznie! A z tego wszystkiego wynika przekonanie, iż największém nieszczęściem ludzi są... klatki.
— Straszniejsze stokroć od owych klatek żelaznych krwawéj pamięci Ludwika XI — rzekł, uśmiechając się, Lucyan.
W téj chwili podjęto portyerę i we drzwiach stanął Ignacy, oznajmując podany obiad.
Niewielki stolik nakryty był na ganku od ogrodu, między drzewami pomarańcz, myrtu, kwitnących datur i kamelii.