Strona:PL W klatce.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mam nadzieję, że zechcesz pan zostać moim znajomym. Gdy mieszkam w Jodłowéj, przepędzam czas samotnie, jak pustelnica, i każdemu, kto mnie odwiedza, rada jestem bardzo.
Lucyan ukłonił się w milczeniu, Klotylda wydobyła z za przepaski zegarek i, patrząc nań, dodała:
Jeżeli chora nie potrzebuje ciągłéj obecności pana, to może pan zechcesz zjeść ze mną obiad. Jadam o godzinie szóstéj, a w téj chwili jest trzecia.
— Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia pani, jeśli tylko pozwoli mi na to stan choréj — odpowiedział Lucyan z ukłonem.
Klotylda skinęła wdzięcznie głową, uśmiechnęła się i wyszła, a po chwili Lucyan słyszał, jak w przyległym pokoju żegnała Dembowskiego i jego córki. Stał, jakby czarem przykuty do miejsca, na którém z nią rozmawiał i, słuchając jéj głosu, pomyślał:
— Tak, najpewniéj jest to ta sama!
W godzinę potém, Lucyan oznajmił rodzinie Dembowskich, że chora nie jest i prawdopodobnie nie będzie zagrożona żadném niebezpieczeństwem, a uspokojona tém Magdzia rzekła do niego:
— Nie prawdaż, panie Lucyanie, że pani Warska jest bardzo piękna?
— Tak — odpowiedział doktor; — ale jakim sposobem znalazła się ona u państwa przy łóżku choréj?
— O, pani Warska taka jest dobra! Gdy się tylko dowiedziała od ojca, że mama chora, natych-