Strona:PL W klatce.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dembowski pocałował rękę pięknéj dziedziczki i usiadł tak lekko, aż taboret jęknął; ale nie zaśmiał się swojém serdeczném ha, ha, ha! tylko przygryzał siwego wąsa i dwie zmarszczki zrysowały jego zwykle rozpogodzone, otwarte czoło.
— Przyszedłem — rzekł usiadłszy, zdać pani dobrodziejce sprawę ze stanu gospodarstwa w Jodłowéj i zasięgnąć jéj zdania, a raczéj zezwolenia, co do pewnych zmian, jakie uczynić myślę.
Cały ten okres wypowiedział, nie wtrąciwszy ani razu „mosanie tego”, co było u niego oznaką niezmiernego zakłopotania czy zmartwienia.
— Wiem, panie Dembowski — uprzejmie odpowiedziała Klotylda, — że Jodłowa nie może być w lepszych ręku jak w pańskich i że wszystko, coś pan uczynił lub uczynić zamierzasz, musi być dobre. Wszakże nie uchylam się od osobistego wejrzenia w stan mego majątku, tylko odkładam to na potém. Za kilka dni przejrzymy z panem wszystko i wspólnie się naradzimy; dziś mam kilka korespondencyi do napisania i czuję się nieco zmęczona podróżą.
— Jeżeli tak — rzekł, powstając Dembowski, — wielką i mnie robi pani łaskę tą zwłoką, bo, Bogiem a prawdą mówiąc, przyszedłem dziś z mojém sprawozdaniem tylko przez poczucie obowiązku, ale, mosanie tego, łeb mam dziś czém inném zajęty.
I energicznie uderzył się dłonią w czoło.