Strona:PL W klatce.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wy powitała Ignacego, potém, ujrzawszy dzierżawcę Jodłowéj, żywo postąpiła kilka kroków i, podając mu obie ręce, rzekła głosem, w którym dźwięczała serdeczna uprzejmość:
— Witam pana. Takem już zatęskniła do Jodłowéj i do państwa tu wszystkich, żem przyjechała nareszcie, i to na parę miesięcy.
Pan Dembowski poniósł do ust obie śliczne rączki, a ściskając je w swoich grubych i ciemnych dłoniach, zawołał:
— Witamy, witamy panią dobrodziejkę! ho, ho, ho! mosanie tego!
W miejscu, gdzie między oranżeryą i domem przerzedzały się nieco gałęzie jodłowe, z za nizkiego otoczenia wyglądały na dworski dziedziniec trzy jasnowłose, o rumianych policzkach, głowy, i śród zmroku błyskały błękitne perkaliki trzech córek pana Dembowskiego.
— Czy widzisz, czy widzisz ją? — szeptała najstarsza Elżunia, przechylając się na wszystkie strony, aby lepiéj ujrzéć panią Warską.
— Widzę, widzę! — odszepnęły dwie inne.
— Ależ suknia! — szepnęła średnia, Antosia.
— Aż szeleści, jak wiatr! — zauważyła najmłodsza, Magdzia.
— Patrz, patrz, jak pięknie idzie!
— Podała ojcu rękę.
— Nie, obiedwie.